Po niemal 20 latach w polityce kariera Andrzeja Biernata znalazła się na zakręcie. Rutynowa kontrola jego oświadczenia majątkowego przez CBA przekształciła się w dochodzenie. Szef CBA Paweł Wojtunik mówi jasno o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zatajenia majątku przez polityka. On sam twierdzi, że – jak wielu – pomylił się w oświadczeniach majątkowych.
Tak naprawdę jednak Biernat ma dużo szczęścia. Jest pierwszym politykiem, którego majątek jest prześwietlany już wedle nowego kodeksu karnego, który wszedł w życie 1 lipca. Dlatego dochodzenie samodzielnie prowadzić może CBA. – Gdyby wciąż obowiązywały poprzednie przepisy, musielibyśmy złożyć na Biernata doniesienie do prokuratury, zarzucając mu ukrywanie majątku – twierdzi wysokiej rangi oficer CBA.
Biernat ma barwny życiorys – sporo alkoholu, trochę burd, parę śledztw, w których musiał się tłumaczyć. Tym razem sprawa jest poważniejsza – bo nie da się jej załatwić po linii politycznej, jak zwykle kłopoty załatwiał dotąd Biernat.
Dyskusje przy wódce
Choć w Platformie był od samego jej początku w roku 2001, to poważną karierę zaczął późno. Gdy jesienią 2009 r. wybuchła afera hazardowa – ujawnienie przez „Rzeczpospolitą" podejrzanych kontaktów wierchuszki PO z biznesem hazardowym – premier Donald Tusk wyrzucił pół rządu, w tym Grzegorza Schetynę, wówczas wicepremiera i szefa MSWiA, a także Mirosława Drzewieckiego, ministra sportu i kluczową postać łódzkiej Platformy.
Korzystając z upadku Drzewieckiego, Biernat przejął pełną kontrolę nad Platformą w Łódzkiem, którą rządzi już drugą kadencję. Jednocześnie wraz ze swym łódzkim przyjacielem Cezarym Grabarczykiem zbudował silną partyjną frakcję w kontrze do liżącego rany Schetyny. To tzw. spółdzielnia, czyli grupa regionalnych szefów struktur i polityków drugiego szeregu PO. Budowanie najsilniejszej dziś frakcji w partii zaczęło się – jak często u Biernata – przy wódce.
W połowie września 2010 r. Biernat obchodził w Zakopanem spóźnione 50. urodziny. Pod Tatry zaprosił kilkudziesięciu gości, w tym prominentnych polityków PO – ówczesnych i byłych szefów regionów, posłów, urzędników. Wszystkich politycznie łączyło jedno – mieli na pieńku ze Schetyną. To tam zrodziła się „spółdzielnia", frakcja, której celem stało się wyeliminowanie Schetyny z polityki. W tamtym czasie klimat dla „spółdzielców" był sprzyjający.
Po pierwsze, Tusk podejrzewał Schetynę o zatajanie bliskich kontaktów z biznesmenami hazardowymi, po wtóre – obawiał się jego zakusów na stanowisko premiera. To Tusk był akuszerem tej frakcji, bo do Zakopanego wysłał swego zaufanego Pawła Grasia, rzecznika rządu.