Gdy Capello siadał za stołem w Rustenburgu, czekając na ostatni przed spakowaniem walizek seans dociekliwości i samobiczowania, w niemieckiej kwaterze między Johannesburgiem a Pretorią kończył się zwyczajny turniejowy dzień.

Miroslav Klose i Sami Khedira na konferencji prasowej, kilka pytań o czekającą w ćwierćfinale Argentynę, o rekord Klosego, który właśnie z 12 bramkami dogonił w klasyfikacji strzelców MŚ Pelego, trochę śmiechu.

– Moja żona tutaj nie przyjechała, muszę się przytulać do Haralda (Stengera, rzecznika prasowego Niemców – piw). Jestem sobie w stanie wyobrazić coś przyjemniejszego – żartował Klose, jeden najstarszych w Boy Group, jak nazwali obecną reprezentację Niemcy. O Argentynie on i Khedira mówili z respektem, ale bez strachu, nad angielskimi problemami nie chcieli się pochylać mimo nalegań.

[wyimek]Capello obudził się wczoraj w świecie, w którym wojny i nędza też są jego winą [/wyimek]

Byli tylko trochę zdziwieni postawą rywali. – Myślałem, że wyjdą na nas z nożami w zębach – mówił Klose. W sprawie bramki Franka Lamparda nie miał żadnych wątpliwości. – Skoro są takie wynalazki jak chipy w piłce, pozwalające sprawdzić, czy minęła linię, to trzeba z nich korzystać. Khedira nie chce zmian. – Wolę emocje niż technikę. A FIFA już znalazła wyjście: od teraz bezwzględnie zakazane będzie powtarzanie na stadionach wszelkich spornych sytuacji. Powtórkę na ekranach Soccer City gola Carlosa Teveza strzelonego Meksykowi ze spalonego nazwała błędem.

Niemieccy bohaterowie z Bloemfontein dostali od trenera wolne od popołudnia; do dziś do godz. 23 mogą być, gdzie chcą. Już zrobili więcej, niż od nich oczekiwano. Nikt tak wysoko Anglików na mundialu nie pokonał, nieuznaną bramką Lamparda, jak piszą niemieckie gazety, wyrównali rachunki za Wembley 1966, wygrali trzecie z czterech spotkań. Mają już swoją legendę: drużyny najbardziej doświadczonej przez los przed turniejem, wymyślonej w biegu, z młodością i szybkością wypisanymi na sztandarach.

[srodtytul]Nowe sztandary[/srodtytul]

Ta grupa piłkarzy gra jak klub, nie reprezentacja, a to nie przypadek, że w wielu językach futbolu słowo „zespół” to synonim klubu, a nie drużyny narodowej. U Niemców, odwrotnie niż u Anglików, niemal każdy z piłkarzy jest w kadrze lepszy niż w lidze. To jest też ich szansa w walce o półfinał, bo Argentyna, choć wygrywa każdy mecz i pisze najbardziej wciągającą historię na tych mistrzostwach, to jednak, patrząc na możliwości jej gwiazd, wciąż jest bardziej „seleccion” niż „equipo”.

Berlin długo się budził po niedzielnym świętowaniu, kanclerz Angela Merkel, gdy tylko wróci ze szczytu G20 w Toronto, ma przylecieć do piłkarzy. A w czwartek przybywa Michael Ballack, choć można pomyśleć, że nigdy stąd nie odjeżdżał, bo na reklamach rozwieszonych w Velmore Hotel jest w centrum uwagi. Ale to może już ostatnia taka okazja, bo Niemcy bez swojego patriarchy nie są słabsi niż z nim, wielu reprezentantów wcale za nim nie tęskni. Od Lukasa Podolskiego, po zastępującego Ballacka Khedirę, choć on akurat będzie gorąco zapewniał, że jest inaczej.

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Odkrywaj karty historii i pogłębiaj swoją wiedzę od starożytności po nowoczesność

ZAMÓW

Anglicy, i to ich najbardziej boli, odpadli bez stylu, bez wspomnień, bez wytłumaczenia. „Czas minął Fab. Odejdź i zabierz tych nieudaczników ze sobą” – pisze „The Sun” nad zdjęciem trenera i piłkarzy. „Daily Mail” sięgnął po słynne zdanie Winstona Churchilla z wojennych dni. „Gdyby tamtych niewielu broniło się tak jak angielska drużyna, to dziś wszyscy mówilibyśmy po niemiecku”.

Poważniejsze gazety też nie mają dla trenera litości. „Grazie, arrivederci. Dlaczego? Nie tylko z powodu 1: 4, ale i 4-4-2. Nawet gdy angielski podbój mundialu był już sztywniejącym ciałem, trener ciągle się upierał, że jego taktyka jest dobra” – pisze „Daily Telegraph”. Nieuznanego gola na 2: 2 najbardziej kurczowo trzyma się Capello, ale co mu pozostało.

Obudził się wczoraj w świecie, w którym nawet nędza i wojny są jego winą, więc chciałby się choć częścią odpowiedzialności podzielić z sędziami. A najlepiej znaleźć innych winnych. – Piłkarze byli zmęczeni, nie tylko Wayne Rooney. Zawsze są zmęczeni w czerwcu – mówił. Ale na pytanie, czy trzeba wprowadzić w Premiership przerwę zimową, nie odpowiedział. Chce nadal trenować Anglików, rozmawiał o tym wczoraj rano ze swoim szefem. Ma kontrakt do 2012 roku, za dwa tygodnie się dowie, czy angielska federacja zatrzyma go na stanowisku.

[srodtytul]Przystań Bundesliga[/srodtytul]

To jednak dyskusja zastępcza, tak jak ta o golu Lamparda. Niektórzy angielscy dziennikarze już przed turniejem pytali: Jaki to byłby przykład dla świata, gdybyśmy wygrali? Z reprezentacją 30-latków z zadłużonej ligi, z kraju niepracującego z młodymi piłkarzami, niepotrafiącego sobie wychować dobrych trenerów? Czar Premiership jako centrum piłkarskiego świata i wielkie tradycje to jeszcze za mało.

Niemcy tradycje mają nie gorsze, wychowują młodych piłkarzy na profesjonalistów, ale też, jak mówił wczoraj Khedira, prowadzą ich na dobrą drogę poza boiskiem, a Bundesliga w czasach kryzysu okazała się bezpieczną przystanią. Z pełnymi stadionami, na których śpiewa i pije piwo klasa robotnicza, bo bilety są ciągle w przystępnych cenach. Z klubami wciąż w niemieckich rękach, umiarkowanymi płacami, Bayernem w finale Ligi Mistrzów i jeszcze lepszą przyszłością, gdy UEFA przeforsuje system finansowego fair play.

Angielski futbol wyszedł z robotniczych rodzin, potem się zachwycił milionerami z City i nuworyszami z każdej strony świata. Teraz nie wie, gdzie iść: do przodu, do tyłu. Skończy się zapewne tak jak zwykle. Przyjdzie sierpień, ruszy Premiership, a niedoszli reformatorzy – do ciekawszych zajęć.