Bartosz Arłukowicz od środy jest już członkiem Klubu PO. Rano po raz ostatni spotkał się z kolegami z Klubu SLD, a po południu uśmiechnięty informował już u boku Tomasza Tomczykiewicza, szefa Klubu Platformy, o swoim przejściu.

Świeżo upieczony minister ds. osób wykluczonych jesienią będzie startował do Sejmu z listy PO w Szczecinie. Premier Donald Tusk powiedział, że osobiście zaproponuje mu pierwsze miejsce w tym okręgu. I dodał, że jeżeli z tego samego miasta o mandat będzie walczył też lider SLD Grzegorz Napieralski, będzie to "smaczny scenariusz".

W Sojuszu po ucieczce Arłukowicza zapanował popłoch. Szczecińscy działacze zaczęli się zastanawiać, czy Napieralski nie powinien w tej sytuacji kandydować do Sejmu ze stolicy.

– Wszystko wskazuje na to, że w tej sytuacji Grzegorz wystartuje nie w Szczecinie, lecz Warszawie – nieoficjalnie mówi "Rz" jeden z działaczy szczecińskiego SLD. – Ale nie dlatego, żeby się miał obawiać rywalizacji z Arłukowiczem. Szef poważnej partii politycznej, która myśli o rządzeniu czy współrządzeniu krajem, powinien rywalizować z innymi liderami, a nie z byłym kolegą.

Część działaczy uważa jednak, że nie ma żadnego powodu, by Napieralski rezygnował z  macierzystego okręgu.

W tych rachubach nie bez znaczenia jest jednak fakt, że rywalizację z popularnym w Szczecinie Arłukowiczem, na dodatek wspieranym przez machinę wyborczą PO, Napieralski może przegrać z kretesem. Podczas wyborów w 2007 r. otwierający szczecińską listę lewicy Napieralski zdobył ponad 29 tys. głosów, a kandydujący z trzeciego miejsca Arłukowicz – ponad 21 tys.

Z Tuskiem, który będzie otwierał warszawską listę PO, Napieralski zapewne też przegra, ale to będzie całkiem inna rywalizacja. Lider SLD pytany przez dziennikarzy odparł, że nie zastanawiał się jeszcze, skąd wystartuje do Sejmu – ze Szczecina czy z Warszawy – ale nie boi się rywalizacji ani z Arłukowiczem, ani z Tuskiem.

Problem z tymi przenosinami polega jednak na tym, że dotąd pierwsze miejsce na warszawskiej liście SLD było zarezerwowane dla Katarzyny Piekarskiej, wiceprzewodniczącej partii i szefowej mazowieckiego SLD. Ona co prawda ustąpiłaby miejsca Napieralskiemu, sama startując z drugiej pozycji, ale Sojusz – według nieoficjalnych informacji – namawia na start do Sejmu Dariusza Rosatiego, obiecując mu jedynkę w stolicy. A już zepchnięcia na trzecie miejsce Piekarska prawdopodobnie by nie zaakceptowała.

W przerażenie wpadli też szczecińscy działacze Platformy, bo mieli już poukładane miejsca na listach, a pojawienie się Arłukowicza wszystko burzy.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

W środę działacze SLD ciągle byli w szoku po niespodziewanym ruchu szczecińskiego posła. Marek Siwiec napisał w blogu, że Arłukowicz pokazał kolegom z SLD, którzy go rozumieli i lubili, gest Kozakiewicza. A Marek Wikiński w rozmowie z "Rz" uznał, że poseł połaszczył się na "skórę, furę i komórę", bo stanowisko, które objął, stworzono specjalnie dla niego.

Wtórował mu wicemarszałek Senatu Jerzy Wenderlich (SLD), który w Radiu TOK FM mówił:  "Bartosz Arłukowicz wystawiał się już od jakiegoś czasu na listę transferową. Stroszył piórka, pokazywał "oto jestem". (...) Ktoś pobiegł i złożył mu propozycję, która widocznie była nie do odrzucenia. Niech Arłukowicz idzie i wypełnia funkcję, która składa się z 23 słów".

Rozmowa tv.rp.pl: