Dlaczego zdecydował się pan walczyć o przywództwo w mazowieckim SLD? Kiedyś nazwisko Czarzasty kojarzone z aferą Rywina było obciążeniem dla Sojuszu. Teraz tak już nie jest?
Włodzimierz Czarzasty:
Nie jest. Ludzie w Polsce wiedzą, że była to afera, której w rzeczywistości nie było. I tylko nieustannie przypomina o niej "Gazeta Wyborcza". Z drugiej strony nikomu nie przeszkadza fakt, że posłem z Ruchu Palikota został człowiek skazany za pobicie.
Jak to nie było afery, skoro Lew Rywin został skazany za korupcyjną propozycję?
A co mnie to obchodzi, że Rywin poszedł do Adama Michnika, a ten przy alkoholu go nagrał? Dla mnie ważne jest to, że w czasach, gdy prokuratorem generalnym był Zbigniew Ziobro, wszystkie śledztwa zostały umorzone.
Mówił pan delegatom na zjazd, że mają odkurzać uprawnienia do zasiadania w radach nadzorczych, bo trzeba być przygotowanym do rządzenia krajem. A przecież Sojusz nie wygląda na partię, która zaraz przejmie władzę.
To jest kwestia wiary. Uważam, że SLD ma przed sobą przyszłość. Podczas kampanii, którą prowadziłem na Mazowszu, poznałem struktury terenowe i wiem, że gdyby inne partie lewicowe bądź uważające się za takie miały tylu ludzi do pracy, to byłyby bardzo zadowolone. Dlatego ci wszyscy, którzy chcieli, żeby partia została pogrzebana lub połączyła się z Ruchem Palikota, po prostu źle myślą.
Katarzyna Piekarska, pana rywalka na Mazowszu, mówi publicznie, że jest pan cynikiem, bo ona opowiadała, ludziom, że muszą pracować na sukces, a pan o tych radach nadzorczych.
Ja też mówiłem, co chcę zrobić ma Mazowszu, i to się ludziom spodobało. A jeżeli chodzi o rady nadzorcze, to przecież nie obiecywałem posad, bo ich nie mam. Chcę po prostu wiedzieć, jakim zasobem kadrowym dysponuje organizacja, którą kieruję. Ilu mamy ekonomistów, ilu twórców, a ile osób z rozmaitymi uprawnieniami, również do zasiadania w radach nadzorczych. Każdy lider powinien to wiedzieć, jeżeli chce poprowadzić partię do zwycięstwa.
Część obserwatorów sceny politycznej sądzi, że SLD to partia gasnąca, a Ruch Palikota – wschodząca.
Nie zgadzam się. Jeżeli chodzi o tendencje, to SLD jest na fali wznoszącej, a Palikot – w stagnacji. Ludzie zadają sobie pytanie, czym jest ten ruch, którego lider jednego dnia zakłada klerykalne pismo i nie ukrywa, że homoseksualizm mu nie pasuje, a drugiego dnia jest obrońcą gejów i przeciwnikiem krzyża w Sejmie. Przecież Palikot nieprzypadkowo powiedział o Jarosławie Gowinie "ciota". Tę niechęć do homoseksualistów ma w tyle głowy. Kiedyś zastanawiałem się, jak opisać Palikota, i znalazłem jego własne słowa: handlarz krzyżami nie musi być wierzący. On jest właśnie taki – ma sprawny marketing, ale nie jest człowiekiem lewicy.
Za to dobrze sprzedaje lewicowe hasła.
Mimo to uważam SLD za lepszą markę, bo w czasach kryzysu lepiej mieć partnera odpowiedzialnego, choć dopiero wydobywającego się z kryzysu, niż nieprzewidywalnego.
Czy to znaczy, że ewentualne porozumienie SLD z Ruchem Palikota jest mało prawdopodobne?
Tak, bo nie widzę spraw, które by nas łączyły. My jesteśmy za podniesieniem płacy minimalnej, a Ruch Palikota nie, bo przypuszczam, że 90 proc. działaczy tej partii musiałoby podnieść pensje swoim pracownikom. Oni są za podatkiem liniowym od dochodów osobistych, a my za progresywnym. Oni popierają podwyższenie wieku emerytalnego kobiet do 67. roku życia, a my nie.
A jednak w SLD można usłyszeć, że odbył pan wiele rozmów z Palikotem i myślał o przejściu do jego partii.
Gdybym chciał przejść do Palikota, to miałem ku temu tysiąc okazji. Nie zrobiłem tego, bo uważam, że facet, który skończył 40 lat, powinien być stabilny i w uczuciach, i w poglądach politycznych. A faceci, którzy takimi zasadami się nie kierują, nie są przeze mnie szanowani.
A jak pan sobie wyobraża współpracę z Grzegorzem Napieralskim? Byliście w ostrym konflikcie.
Tak, ale po zjeździe mazowieckim przyjąłem zasadę, że wobec wszystkich stosuję opcję zerową. Spuszczam kurtynę na to, co było. Jeżeli Miller ma prowadzić ekipę do przodu i doprowadzić do tego, żeby wyniki wyborów były lepsze, na czym mi także zależy, bo nie satysfakcjonuje mnie to, że jest jeden poseł z Warszawy i jeden na Mazowszu, to wszystkie konflikty zakopujemy.
To jest możliwe?
Ludzie w partiach lewicowych nie mogą być wobec siebie zapiekli. Miller powstrzymał odejścia z SLD i zapoczątkował odbudowę zaufania społecznego dla partii. W tym drugim procesie chcę uczestniczyć, a partyjne waśnie temu nie służą.
Zresztą jest coś paradoksalnego w tym, że Miller jest gwarancją odnowy dla SLD. Ale ja wierzę w ten paradoks. Nie jest łatwo być złożonym do grobu i wstać. Mówię o sobie.
Myślałam, że o Millerze.
O nim też, ale on już wstał.