Głównymi antagonistami zachodnich śledczych są przedstawiciele koncernu Almaz-Antej, który produkuje rakiety Buk. Twierdzą oni, że rakietę, która trafiła samolot pasażerski, odpalono z okolic miejscowości Zaroszczenskoje, a nie opanowanego przez separatystów Snieżnoje. W ten sposób sugerują, że boeing został trafiony pociskiem ukraińskiej armii.

Rosyjska telewizja Lifenews podjęła ten trop i twierdziła, że celem ukraińskiego ataku miał być nie malezyjski boeing, lecz samolot prezydenta Rosji Władimira Putina. Ukraińcy spudłowali, bo samoloty dzieliło siedem minut lotu.

Ale z nagrań przedstawionych w środę przez śledczych w Holandii wynika, że i Zaroszczenskoje znajdowało się pod kontrolą separatystów.

Dzień po katastrofie na Twitterze pojawiły się wpisy niejakiego Carlosa Spainbuca, który przedstawiał się jako „Hiszpan i kontroler lotów na (kijowskim) lotnisku Boryspol”. „Boeing leciał w towarzystwie dwóch ukraińskich myśliwców, aż zniknął z radarów” – pisał, sugerując, że maszyna została zestrzelona przez ukraińskie lotnictwo. Choć większość rosyjskich mediów podchwyciła te tezy, nikt nigdy nie widział „Carlosa Spainbuca”, a obecnie rosyjscy wojskowi też twierdzą, że nikt nie leciał w pobliżu boeinga.

Najbardziej nonsensowną wersję przedstawił portal news2.ru. Zestrzelony nad Ukrainą malezyjski boeing miał być malezyjskim boeingiem, który zaginął nad Oceanem Indyjskim.

Tak naprawdę jednak nie zaginął, tylko został ukryty w amerykańskiej bazie na wyspie Diego Garcia. Stamtąd poleciał do Amsterdamu, gdzie załadowano na pokład trupy. Piloci po starcie wyskoczyli na spadochronach, a samolot rozleciał się od eksplozji bomby na pokładzie. Wszystko po to, by oskarżyć niewinną Rosję.