Podobnie jak w zeszłym roku, 15 sierpnia o godzinie 12:00 prezydent Nawrocki przyjął uroczysty meldunek, dając sygnał do rozpoczęcia wielkiego święta Wojska Polskiego. W tegorocznej defiladzie wzięło udział kilkadziesiąt statków powietrznych oraz ok. 270 pojazdów. Defilowało łącznie 1,8 tys. żołnierzy, choć w zabezpieczenie wydarzenia zaangażowanych miało być aż 8 tys. mundurowych. Unikalny obraz z nieba na żywo transmitowały zakupione w Turcji drony Bayraktar.
Ten rok przyniósł kolejne nowości – po raz pierwszy w szyku dumnie przemaszerowali żołnierze Aktywnej Rezerwy. Ramię w ramię z Polakami szli sojusznicy z USA, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Chorwacji, Kanady i Francji. Ciekawostką była debiutująca u nas francuska Legia Cudzoziemska. Maszerowali jako ostatni ze względu na swój unikalny, powolny krok, do którego nie sposób było dopasować standardowego tempa orkiestry wojskowej. Legioniści poruszają się z częstotliwością 88 kroków na minutę (wobec standardowych 120 kroków na minutę).
Defilada powietrzna i pierwsi nieobecni
Część lotniczą otworzyło 10 skoczków z powiewającymi flagami (m.in. NATO, UE, Polski i pięciu rodzajów sił zbrojnych). Chwilę później niebo wypełnił ryk wirników. Defiladę śmigłowców otworzyły AW149 z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej i był to jednoznacznie pozytywny akcent. Armia otrzymała już kilkanaście takich maszyn, które są montowane w należących do koncernu Leonardo zakładach w Świdniku. Dotychczas zamówiono 32 sztuki, a blisko połowa znajduje się już w służbie.
Za AW149 przeleciały maszyny Wojsk Specjalnych i w tym miejscu pojawiają się pierwsze problemy. Zobaczyliśmy łącznie cztery śmigłowce: dwa S-70i Black Hawk oraz dwa Mi-17. Black Hawki produkowane są w Mielcu, jednak ich ubogie wyposażenie sprawiło, że zyskały miano „bieda-hawków”. Wynika to z bezpośredniego porównania do bogato wyposażonych odpowiedników wykorzystywanych przez amerykańskie Wojska Specjalne.
Czytaj więcej
- Jeżeli politykom nie podoba się SAFE, niech się zamkną w zaciszu gabinetów, a nie przenoszą sporu partyjnego i nawalanki partyjnej na święto, któ...
Uczciwie należy zaznaczyć, że Amerykanie pod tym kątem grają w zupełnie innej lidze niż reszta świata. Niemniej, nawet w zestawieniu z europejskimi odpowiednikami, polskie śmigłowce odznaczają się bardzo skromnym wyposażeniem. Drugim przykrym aspektem jest obecność wysłużonych Mi-17. Wojska Specjalne wciąż nie doczekały się ich bezpośrednich następców, ponieważ maszyn S-70i jest nie tylko za mało, ale są to też po prostu platformy o mniejszych gabarytach.
Zdecydowanym powodem do dumy były za to śmigłowce AH-64D z polskimi szachownicami. Maszyny te zostały wyleasingowane od Amerykanów na czas szkolenia, dopóki nie dotrą do nas zamówione AH-64E. Kupiliśmy 96 sztuk za ponad 10 mld dol.. To supernowoczesne i niezwykle drogie śmigłowce uderzeniowe. Tak duża flota plasuje nas w globalnej pierwszej lidze w tej kategorii. Biorąc pod uwagę, że Polska liczy mniej niż 40 mln mieszkańców, można wręcz zadać pytanie, czy nie podeszliśmy do tego tematu zbyt ambitnie.
Wojskowi argumentują, że taka liczba pozwoli nam nie tylko drastycznie zwiększyć możliwości rażenia kolumn pancernych, ale też skutecznie polować na drony wkraczające w polską przestrzeń powietrzną. Same Apache dysponują zaawansowanymi systemami przeznaczonymi do współpracy z bezzałogowcami, co na współczesnym polu walki jawi się jako ogromna zaleta.
Siły Powietrzne, czyli jasne i ciemne strony Sił Zbrojnych RP
Zróżnicowane odczucia budziła defilada samolotów taktycznych i transportowych. Na niebie mogliśmy zobaczyć F-16 oraz F-35. To właśnie te maszyny będą stanowić kręgosłup naszego lotnictwa taktycznego. Polskie F-35 były najważniejszym i najbardziej optymistycznym akcentem pokazu. W tym roku powinniśmy otrzymać już pierwszą eskadrę, czyli połowę z 32 samolotów zamówionych w 2020 r..
Na warszawskim niebie widzieliśmy także FA-50 oraz szkolne M-346 Master. Wszystkie te maszyny mają mniej niż 20 lat. Choć samo w sobie nie jest to spektakularnym wyczynem, udowadnia, że systematycznie inwestujemy w nowe samoloty szkolne i bojowe. Zaprezentowano również krajowe PZL-130 Orlik oraz dwie maszyny VIP (Gulfstream G550 i Boeing 737-800).
Najgorzej wypadła jednak sekcja lotnictwa transportowego. Reprezentowało ją zaledwie kilka mniejszych maszyn (C-295M CASA i M28 Bryza) oraz jeden używany, kilkudziesięcioletni C-130 Hercules. Polsce wyraźnie brakuje cięższych samolotów, takich jak C-390 Millennium czy zaprezentowany gościnnie sojuszniczy A400M Atlas. Zakupy w tym segmencie są na szczęście planowane.
Dwa myśliwce Eurofighter z Luftwaffe podczas tankowania powietrznego z A400M w drodze na ćwiczenia Desert Flag 2025 w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Inną zagraniczną maszyną był hiszpański A330 MRTT – przypominający o kolejnym wielkim nieobecnym w naszych siłach. Polsce wciąż brakuje własnych latających tankowców. Trwają już jednak zaawansowane negocjacje i bardzo możliwe, że w perspektywie kilku lat pierwsze tego typu maszyny zaczną wspierać działania polskich myśliwców.
Bobry, Legwany i Żmije, czyli jaskółki zmian, które następują zbyt wolno
Mieszane uczucia towarzyszyły również pokazowi lżejszych pojazdów. Z jednej strony widzimy pozytywne zmiany: armia otrzymała setki nowych Fordów Ranger, pierwsze Legwany oraz Bobry-3, a część wozów wyposażono w specjalne klatki antydronowe. Z drugiej – problemów wciąż nie brakuje. Zamówionych Fordów jest po prostu za mało.
Legwanów zakontraktowano dotychczas 385, a dostarczono zaledwie kilkadziesiąt sztuk (sądząc po harmonogramie dostaw). Wojsko Polskie potrzebuje tysięcy pojazdów tej klasy, tymczasem umowa wykonawcza zakłada dostawę niespełna 400 egzemplarzy do końca 2030 r.. Kiedy osiągniemy wystarczające nasycenie armii tym sprzętem? To pytanie pozostaje dziś bez odpowiedzi.
Czytaj więcej
Na defiladę, która przeszła Wisłostradą powinniśmy patrzeć wielowymiarowo, tak samo odczytywać słowa polityków wypowiedziane w czasie tego święta....
Bóbr-3 (znany w wojsku jako Lekki Opancerzony Transporter Rozpoznawczy LOTR „Kleszcz”) pojawił się na defiladzie, mimo że oficjalnych dostaw jeszcze nie było. Chwalimy się więc sprzętem, który formalnie nie wszedł na stan Sił Zbrojnych. Dotychczas podpisano jedną umowę wykonawczą na zaledwie 28 sztuk, które mają dotrzeć w latach 2026-2028. Umowa ramowa zakłada chęć pozyskania łącznie 286 egzemplarzy do 2035 r., aby ostatecznie zastąpić wiekowe BRDM-2.
Ciężki sprzęt, czyli czołgi i bojowe wozy piechoty
Jeśli szukamy najmocniejszych stron defilady, to bez wątpienia są to wojska pancerne. Polska w ostatnich latach przyjęła na uzbrojenie blisko 400 nowych czołgów K2 Czarna Pantera i M1 Abrams, a kolejne dostawy wciąż trwają. Zrealizowane umowy gwarantują uruchomienie produkcji w kraju, a krajowy przemysł obronny powoli kończy modernizację czołgów Leopard 2A4 do standardu PL. Można oczywiście wytykać braki (np. brak systemów aktywnej ochrony pojazdów), ale generalnie w siłach pancernych dzieje się dobrze i nie mamy powodów do wstydu.
Gorzej sytuacja wygląda w wojskach zmechanizowanych. Wprawdzie dysponujemy już pierwszymi egzemplarzami BWP Borsuk, jednak dotychczas dostarczono ich kilkanaście, podczas gdy potrzeby przekraczają 1000 sztuk (wliczając wersje specjalistyczne). Pełne dostawy potrwają długie lata. Ogromnym plusem jest jednak fakt, że to polska konstrukcja produkowana w kraju, nawet jeśli część komponentów (jak lufy armat) trzeba importować.
BWP Borsuk w trakcie nocnej próby przed defiladą z okazji Święta Wojska Polskiego.
Ciekawie prezentują się wojska zmotoryzowane. Obecnie trwają dostawy nowych Rosomaków z wieżą ZSSW-30. Na defiladzie mogliśmy podziwiać także Zawilca, czyli Rosomaka w wersji mobilnego centrum dowodzenia. Analizując program KTO Rosomak, można odnieść wrażenie, że to właśnie wersje specjalistyczne od lat pozostają piętą achillesową polskiej armii. Sytuacja z roku na rok ulega jednak poprawie, co pozwala na umiarkowany optymizm.
Obrona przeciwlotnicza i artyleria
Są dwa obszary, o których możemy dziś ze spokojem powiedzieć: jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. To artyleria i obrona przeciwlotnicza. Do jednostek regularnie trafiają kolejne armatohaubice K9 oraz Kraby. Do końca tego roku z Korei Południowej ma dotrzeć łącznie blisko 200 modułów dla wyrzutni Homar-K, a polskie M142 HIMARS (Homar-A) wielokrotnie dowiodły swojej skuteczności na ćwiczeniach, rażąc cele oddalone o dziesiątki kilometrów.
Rozpoczęły się także prace przygotowawcze pod budowę polsko-koreańskiej fabryki rakiet CGR-080 pod Gorzowem Wielkopolskim, z których wiosną system Homar-K raził cele na dystansie 80 km. Kolejne brygady sukcesywnie zdają przestarzały sprzęt, wymieniając go na nowoczesną artylerię.
Wyrzutnia Homar-K przenosi dwa kontenery transportowo-startowe. Dzięki temu może wystrzelić dwa pociski o zasięgu 290 km lub dwanaście o zasięgu 80 km. Planowana jest integracja z mniejszymi rakietami, co umożliwiłoby ostrzał z wykorzystaniem 40 pocisków kal. 122 mm o zasięgu ok. 40 km.
Równie imponująco wyglądają plany rozbudowy obrony przeciwlotniczej. Pierwsze baterie systemu Patriot oraz tzw. Małej Narwi służą w wojsku już od kilku lat, a zestawy Pilica są integrowane z wyrzutniami CAMM. Trwają też dostawy systemów antydronowych San. Dla laika natłok tych nazw może być przytłaczający, trudno jednak w kilku zdaniach oddać skalę tak potężnych prac modernizacyjnych.
Czy jest idealnie? Powody do narzekania znajdą się zawsze. Wciąż nie zamówiliśmy części radarów, a postępy w rozwoju krajowych pocisków krótkiego i średniego zasięgu nie są satysfakcjonujące. Poważnym problemem pozostaje brak większych zakupów obrony przeciwlotniczej bezpośredniego wsparcia wojsk (przemieszczającej się na pierwszej linii frontu wraz z czołgami i bojowymi wozami piechoty).
Nie ma jednak na świecie państwa pozbawionego problemów sprzętowych (Amerykanie borykają się na przykład z niedoborem pocisków do systemów Patriot). Podpisane przez Polskę umowy wskazują, że za dekadę możemy dysponować jednym z najnowocześniejszych i najbardziej przemyślanych, wielowarstwowych systemów obrony przeciwlotniczej w Europie. Nie wolno spoczywać na laurach, ale nie ma też sensu narzekać na zapas.
Wojska inżynieryjne i Marynarka Wojenna
Powodów do niezadowolenia nie mają dziś także przedstawiciele wojsk inżynieryjnych. W trakcie defilady zaprezentowano nowe mosty towarzyszące MS-20 Daglezja-S oraz elementy parku pontonowego Daglezja-P (PFM). Przejechały również zautomatyzowane wozy minowania narzutowego Baobab-K. Choć wciąż czekamy na zakup następców dla wysłużonych amfibii PTS, a dostawy MS-40 Daglezja-S notują opóźnienia, ogólne tempo i skalę zmian można uznać za zadowalające.
Pojazd minowania narzutowego Baobab-K w trakcie defilady.
Po chudych latach, wiatr w żagle poczuła wreszcie Marynarka Wojenna. Choć jej obecny stan wciąż jest fatalny (opieramy się na blisko 50-letnich fregatach i jednym, ponad 50-letnim okręcie podwodnym), sprawy wreszcie zmierzają w dobrym kierunku. 12 sierpnia 2026 roku odbyło się wodowanie pierwszej z trzech zamówionych fregat rakietowych typu Miecznik, a negocjacje ze Szwedami w sprawie zakupu okrętów podwodnych są na finiszu.
Marynarze eksploatują już trzy nowoczesne niszczyciele min, a kolejne trzy wejdą do służby w ciągu kilkunastu miesięcy. Zamówiono również okręt ratowniczy oraz jednostki rozpoznania radioelektronicznego. Najsłabszym punktem pozostaje brak umów na śmigłowce pokładowe. Biorąc pod uwagę zaawansowanie prac nad pierwszym Miecznikiem, wszystko wskazuje na to, że okręt przez pierwsze lata służby nie doczeka się nowoczesnych maszyn towarzyszących.
Alarmujący jest także brak kontraktu na docelowe samoloty wczesnego ostrzegania. Niedawno pozyskaliśmy wprawdzie używane szwedzkie maszyny Saab 340 AEW, jednak ze względu na ich zaawansowany wiek, wskazane byłoby pilne zamówienie następców. Warto tu jednak przypomnieć, że jeszcze kilka lat temu nie posiadaliśmy tego typu zdolności w ogóle.
Bezpieczeństwo powinno być wolne od polityki
Istnieją obszary zbrojeniowe, w których odnieśliśmy wielki sukces, jak i takie, gdzie sytuacja wymaga pilnej poprawy. Paradoksalnie jednak, najważniejsze podczas defilady nie było to, co widzieliśmy na ulicach, na Bałtyku czy w powietrzu. Prawdziwym problemem pozostaje fakt, że politycy po raz kolejny wykorzystali Święto Wojska Polskiego do uprawiania partyjnej gry.
Nazwa wydarzenia „Polska SAFE - Bezpieczna Polska” nawiązywała do gorącego politycznie unijnego instrumentu SAFE. To niepotrzebny polityczny akcent w dniu, który powinien być od polityki wolnym.
Długie, nacechowane politycznie przemówienia, a nawet samo hasło wydarzenia („Polska SAFE – Bezpieczna Polska”), dobitnie pokazują, że obronność nadal służy klasie politycznej jako narzędzie do realizacji bieżących interesów. Gdybyśmy mieli wskazać największą bolączkę naszych Sił Zbrojnych, to właśnie brak odpowiedzialnego, ponadpartyjnego podejścia polityków znalazłby się bezapelacyjnie na pierwszym miejscu.