Korespondencja z Nowego Jorku

Prezydent Trump we wtorek złożył wizytę w Kenoshy (stan Wisconsin), gdzie ponad tydzień temu ciężko ranny od serii strzałów z policyjnej broni został czarnoskóry Jacob Blake. Incydent ten sprawił, że Kenosha stała się epicentrum kolejnej fali protestów przeciwko rasizmowi i nadużyciom siły przez policję. Trump pojechał tam wbrew obiekcjom demokratycznego gubernatora i burmistrza, którzy bali się, że obecność prezydenta spowoduje zaostrzenie napięcia w tym miasteczku.

Zgodnie z ich przewidywaniami Trump nie zaoferował przesłania jedności, jakiego w takich okolicznościach Amerykanie oczekiwać mogliby od prezydenta. Wygłosił za to słowa wsparcia dla policji, próbował tłumaczyć sytuacje, w których dochodzi do niesłusznego użycia przemocy, argumentował, że nie potrzeba zmian w policji, których od końca maja domagają się protestujący, ale słowem nie wspomniał o Blake’u – lokalnej ofierze tej przemocy.

– Mają ciężką i niebezpieczną pracę, pod ogromną presją – mówił, zapewniając, że naród „kocha policję”.

Komentatorzy podkreślają, że prezydent jasno postawił się po stronie „prawa i porządku” trzymanego twardą ręką. – Powinniście się skupić na anarchistach, złodziejach, uczestnikach zamieszek, agitatorach – mówił prezydent do dziennikarzy, którzy pytali o protesty przeciwko systemowemu rasizmowi. Winę za chaos na ulicach po raz kolejny zrzucił na „radykalnych, lewicowych demokratów”.

Bezpieczeństwo w Ameryce stało się ostatnio centralnym tematem kampanii wyborczej. Przesłaniem konwencji republikańskiej było, że jeżeli Joe Biden wygra wybory, to kraj ogarnie chaos i przemoc, wybrany zaś ponownie Donald Trump będzie prezydentem „prawa i porządku”. Biden odniósł się do tych zarzutów w poniedziałek podczas wystąpienia w Pensylwanii. – Czy czujecie się bezpieczni w Ameryce Donalda Trumpa – pytał demokratyczny kandydat na prezydenta. – On nie może powstrzymać przemocy, bo ją podsycał od lat – dodał Biden.

We wtorek kampania Bidena, który prowadzi w sondażach ogólnokrajowych, ale nie ma ugruntowanej pozycji w kilku kluczowych stanach, rozpoczęła tygodniową kampanię reklamową, będącą kontratakiem wobec oskarżeń Trumpa, który na jednej szali stawia protestujących i uczestników zamieszek oraz twierdzi, że demokraci to partia tolerująca bezprawie.

– Chcę bardzo wyraźnie podkreślić. Zamieszki to nie protesty. Grabieże to nie protesty. Ci, którzy się dopuszczają tych czynów, powinni stanąć przed sądem – mówi Biden, promujący się jako kandydat, który jednoczy. – Chcę Ameryki bezpiecznej. Wolnej od Covid-19, wolnej od przestępczości i od przemocy o podtekście rasowym, wolnej od złych policjantów. Wolnej od kolejnych czterech lat pod rządami Trumpa – dodaje.

Prezydent Trump natomiast w swojej kampanii wyborczej ze zdwojoną siłą wykorzystuje teorie spiskowe. W poniedziałkowym wywiadzie z Laurą Ingraham z Fox News mówił m.in. o ubranych na czarno anarchistach, którzy rzekomo przylecieli do Waszyngtonu, by zakłócić Krajową Konwencję Partii Republikańskiej.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już dziś, oglądaj relację z Gali wręczenia nagród na rp.pl

Dowiedz się więcej

– Cały samolot przyleciał z pewnego miasta wypełniony uzbrojonymi bandytami – mówił prezydent podczas wywiadu. Stwierdził też, że „niektórzy bardzo głupi bogaci ludzie” finansują protesty rasowe w Ameryce, co jest odniesieniem do krążącej po internecie teorii, że George Soros, miliarder i sponsor demokratycznych kandydatów, finansuje protesty przeciwko brutalności policji. Prezydent wspomniał też o ludziach, którzy „po kryjomu sterują Bidenem”. – To ludzie, o których nie słyszałaś. Poruszają się w cieniu. Oni kontrolują ulice – mówił prezydent, wykorzystując argumenty zyskującej na popularności teorii spiskowej QAnon, opartej na przekonaniu, że światem rządzi podziemie złoczyńców-pedofilów knujących przeciwko Donaldowi Trumpowi.

Wywiad ten wywołał niemałe zdziwienie wśród kręgów niesympatyzujących z Trumpem i milczenie ze strony republikańskiej. – Wywiady Trumpa z przyjaźnie nastawioną stacją telewizyjną, która rzuca mu koło ratunkowe, czasem źle się kończą – pisze „Washington Post”.