- Być może troszeczkę ich narasta, bo mamy zaburzenia w systemie testowym, ale niewątpliwie jest stabilizacja. To konsekwencja zastosowanych restrykcji - dodał.
Dr Rakowski zaznaczył przy tym, że "zmiana w charakterze krzywej jest tak poważna, że żadna zmiana procedur testowania nie mogła jej wprowadzić", ponieważ przejście z "przyrostu wykładniczego do linii prostej" (brak przyrostu dobowej liczby zakażeń - red.) to zmiana bardzo poważna.
- Trzeba pamiętać, że ta stabilizacja nie jest naturalną stabilizacją, tylko efektem wprowadzonych restrykcji. Gdybyśmy z nich zrezygnowali wówczas mielibyśmy powrót do przyrostu liczby wykrywanych przypadków - dodał. Zaznaczył, że spadek liczby zakażeń w Polsce wynika m.in. z zamknięcia w Polsce szkół.
Pytany o mniejszą liczbę testów dr Rakowski zwrócił uwagę, że "bierze się ona z liczby skierowań przez lekarzy POZ-u, do których zgłaszają się chorzy z symptomami". Jak dodał obecnie ludzie "oswoiwszy się z chorobą, wiedząc jak ona przebiega, wolą nie dzwonić do lekarza POZ-u i przechorować to w zaciszu domowym, bez testu, ponieważ wielu z naszych znajomych już tak przechorowało i jest przeświadczenie, że da się przechorować w domu".
W efekcie, jak dodał "przełożenie objawów na stwierdzone przypadki jest niższe w tej chwili niż było kilka tygodni temu, czy kilka dni temu".
- Ja oczywiście bym się czuł znacznie bezpieczniej, gdyby tych testów wykonywać pięć razy tyle. Wtedy mielibyśmy większe przekonanie, że liczba zakażeń utrzymuje się na stałym poziomie - zaznaczył.
Jednocześnie dr Rakowski mówił, że analitycy z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego szacują, iż zakażonych jest dziewięć razy więcej w stosunku do tego, co widać w wykrywanych testami przypadkach.
- Jeżeli wykrywamy 20 tysięcy zakażonych to w rzeczywistości mamy 180 tysięcy przypadków dziennie. Większość zakażonych przechodzi zakażenie bezobjawowo - podkreślił.