Grecy poszli do urn nie tylko po to, by wybrać nowe samorządy. Według komentatorów ich głos miał przede wszystkim pokazać, czy ufają rządowi. I czy godzą się na drastyczne reformy, które już zaczął wcielać w życie. O tym, że wybory samorządowe miały się stać referendum w sprawie planu oszczędnościowego, mówili w Grecji wszyscy.
Premier Jeorjos Papandreu zapowiedział, że rozwiąże parlament, jeśli nie będzie mógł wprowadzić w życie reform uzgodnionych w maju z UE i MFW. Dzięki tamtemu porozumieniu jego kraj otrzymał 110 mld euro pożyczki na wyjście z kryzysu. – Nie jestem przyklejony do tego stanowiska. Chcę tylko walczyć o mój kraj. Niech ludzie zdecydują, komu ufają – mówił.
Papandreu stoi na czele rządu od 13 miesięcy. Jego socjalistyczna partia Pasok wygrała wybory, obiecując m.in. wyższe pensje. Zamiast tego – by ratować kraj z kryzysu, który niemal doprowadził Grecję do bankructwa – Papandreu obciął pensje urzędnikom i podniósł podatki. Przez kraj przeszła fala strajków i protestów. Jak pokazują badania,większość Greków jest dziś przeciwna oszczędnościom wprowadzonym przez rząd. Według jednego z sondaży przeciwko jest aż 67 proc. Greków (w sierpniu 57 proc.).
Nie podoba im się zwłaszcza porozumienie z MFW i UE. Jak twierdzą greccy komentatorzy, właśnie z tego powodu lewackie i anarchistyczne ugrupowania wysyłały przesyłki z bombami do zachodnich instytucji. Miał to być protest przeciw uzależnieniu Grecji od ich pomocy. Druga tura wyborów odbędzie się 14 listopada.