W czwartek ponownie na ulice stolicy i wielu innych białoruskich miast wyszły tysiące ludzi. Domagają się wolnych wyborów i odejścia prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Do protestujących w Mińsku dołączyli lekarze z Uniwersytetu Medycznego oraz kilku stołecznych szpitali, ratownicy medyczni. Wielu budowlańców opuszczało budowy i stawało wzdłuż dróg, tworząc „łańcuchy solidarności", to samo robili pracownicy muzeów i transportu miejskiego, którzy wstrzymywali pojazdy. Protestowała nawet narodowa filharmonia, która w pełnym składzie urządziła koncert w centrum Mińska. Śpiewali znaną białoruskim katolikom modlitwę: „Mahutny Boża" (Wielki Boże), która jest apelem do Boga o wolną Białoruś.

Jeden za drugim zaczęli się zwalniać dziennikarze rządowych propagandowych stacji telewizyjnych, w tym Uładimir Burko, który przez wiele lat prowadził program „Arsenał" poświęcony białoruskiej armii.

– Nigdy, nawet w strasznym śnie, nie mogłem pomyśleć, że żołnierze i sprzęt, o którym opowiadałem, mogą być wykorzystane przeciwko własnemu narodowi – oświadczył. Zwolnił się też m.in. prowadzący Jewgienij Perlin, który był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy propagandy Łukaszenki. W białoruskiej sieci roi się od zdjęć funkcjonariuszy MSW, którzy wyrzucają mundury na śmietnik i rezygnują ze służby.

Do strajku generalnego, który przeciwnicy reżimu ogłosili 11 sierpnia, w czwartek dołączyli pracownicy Białoruskiej Fabryki Samochodowej (BiełAZ) w Żodzinie. To największa w kraju fabryka produkująca pojazdy budowlane i ciężarowe, zatrudniająca ponad 11 tys. ludzi. Po południu niezależne media informowały o protestach pracowników mińskiej fabryki MAZ (produkuje autobusy i ciężarówki, zatrudnia ponad 15 tys. ludzi), Mińskiej Fabryki Traktorów (15 tys. pracowników), fabryki Keramin (jeden z największych w Europie producentów płytek ceramicznych), białoruskiego producenta petrochemicznego Grodno Azot oraz wielu innych zakładów pracy.

– Zebrania pracowników planowane są też w nowopołockich zakładach Naftan (rafineria) i Polymir (przemysł chemiczny). Białorusini coraz częściej opuszczają rządowe związki zawodowe – mówi „Rzeczpospolitej" Siarhej Antusiewicz, wiceprzewodniczący Białoruskiego Kongresu Demokratycznych Związków Zawodowych, zrzeszającego ponad 10 tys. ludzi.

Z danych białoruskiego MSW wynika, że w ciągu czterech dni zatrzymano niemal 7 tys. ludzi, co najmniej trzy osoby nie żyją. Areszty po trwających od niedzieli powyborczych protestach pękają w szwach, więc w czwartek nad ranem kilkaset zatrzymanych jeszcze przed wyborami osób wypuszczono na wolność. Wśród nich jest opozycjonista Iwan Kawalczuk, którego aresztowano w Mińsku 2 sierpnia i osadzono w areszcie w Żodzinie (60 kilometrów od stolicy). – W poniedziałek zaczęli przywozić ludzi z demonstracji, byli mocno pobici, wymęczeni i głodni. Podczas zatrzymania niektórych bito tak mocno, że pozostawały kałuże krwi. W naszej dziesięcioosobowej celi przebywało prawie 30 osób – opowiada „Rzeczpospolitej". – Jak tak dalej pójdzie, to tego już się nie da powstrzymać. Obawiam się tylko chaosu, by nie było wojny jak na Ukrainie, i oby Rosja nie chciała tu wkroczyć – dodaje.

Wiele wskazuje na to, że Łukaszenko stracił przychylność dziennikarzy rosyjskich rządowych mediów po tym, jak kilku z nich zostało zatrzymanych w Mińsku. Od kilku dni relacjonują oni na żywo wydarzenia w białoruskich miastach, jednak w zupełnie inny sposób niż w czasie ukraińskiego Majdanu w 2014 r.