Scena rozegrała się w środę piętnaście minut przed pierwszą po południu. Francois Hollande podjechał służbową limuzyną oddać hołd ofiarom przeprowadzonego godzinę wcześniej zamachu. Ostatnie kilkadziesiąt metrów prezydent przeszedł jednak piechotą. I minął stojącą w tym miejscu furgonetkę, której wcześniej nie zweryfikowały służby bezpieczeństwa.
- Patrząc na tę scenę na ekranie telewizora po prostu byłem sparaliżowany - mówi dziennikowi "Le Monde" wysoki przedstawiciel służb bezpieczeństwa. - Nie mogłem zrozumieć, jak można było narazić prezydenta i tak wielu ministrów na tak duże ryzyko - dodaje.
Zdaniem rozmówcy terroryści wielokrotnie powtarzali zamachy w tym samym miejscu bo zawsze są one odwiedzane przez ważnych oficjeli.
Scena pokazuje szok, jaki przeżyła Francja po największym zamachu terrorystycznym od 1961 r.: w pierwszym momencie policja zaczęła improwizować.