Donald Trump napisał 60 tys. tweetów. Ale na żaden świat nie czekał z takim napięciem, jak na ten, który pojawił się we wtorek o pierwszej w nocy czasu warszawskiego. Prezydent poleca w nim administracji rozpocząć proces przekazania władzy Joe Bidenowi. Mimo wielu obaw amerykański mechanizm demokratyczny zadziałał.

Na tweet rynki finansowe zareagowały spokojnie: dolar lekko (o 0,25 proc.) osłabł do euro, zanotowano też niewielkie zwyżki na giełdach (indeks S&P zyskał niespełna 1 proc.). Inwestorzy patrzą już do przodu i choć podoba im się uniknięcie kryzysu politycznego, to przewidują mniej korzystną dla biznesu politykę Bidena niż Trumpa.

O jej kierunku świadczą pierwsze nominacje prezydenta-elekta. Po karuzeli stanowisk w Białym Domu wracają znane od lat twarze. Sekretarzem skarbu po raz pierwszy będzie kobieta – Janet Yellen była już za Baracka Obamy szefową Rezerwy Federalnej. Dała się poznać jako zwolenniczka stawiania na pierwszym miejscu walki z bezrobociem i stymulowania gospodarki. Z kolei nowy sekretarz stanu Anthony Blinken od tylu lat doradzał Bidenowi, że jest uważany za jego alter ego. Jego pierwszym zadaniem ma być odbudowa nadwątlonych za Trumpa więzi z sojusznikami Ameryki, w pierwszym rzędzie w NATO. To dla Polski dobra wiadomość.

Nowy doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan był już natomiast typowany na to stanowisko cztery lata temu, gdyby wygrała Hillary Clinton. Negocjował w 2015 r. porozumienia o rozbrojeniu atomowym Iranu, do którego teraz Ameryka ma wrócić. Z kolei szef amerykańskiej dyplomacji za Obamy John Kerry, który podpisywał układ paryski o ochronie środowiska, teraz będzie pełnomocnikiem ds. klimatu. To kolejny sygnał zwrotu w niektórych obszarach polityki Waszyngtonu.

Do 20 stycznia Trump zachowuje jednak pełnię władzy. I zamierza to wykorzystać. Właśnie ogłosił listę 89 chińskich strategicznych firm, w które nie będzie mógł inwestować kapitał amerykański. Chodzi o zabetonowanie polityki konfrontacji z Pekinem, od której Biden nie zamierza zresztą odchodzić.

Ale ambicje odchodzącego prezydenta sięgają dalej. Uruchomił proces przekazywania władzy, gdy się okazało, że ostatecznie przegrał w Michigan. Ale nie zaniechał podważenia przed sądami wyników wyborów w Pensylwanii, Wisconsin i Georgii. Nie uznał też swojej przegranej w skali kraju. Po części to efekt narcystycznego charakteru. Ale też gra na stymulowanie poczucia wyborczego oszustwa u republikańskiego elektoratu. Może ono pomóc w zwycięstwie w wyborach uzupełniających w Georgii już w styczniu, od których zależy większość w Senacie. A w dalszej perspektywie w odbiciu od demokratów Białego Domu – może nawet przez samego Trumpa.