W połowie listopada szwedzka prokuratura podała, iż prowadzący wstępne śledztwo w sprawie wybuchów w gazociągach Nord Stream 1 i Nord Stream 2 prokurator Mats Ljungqvist stwierdza, że incydent miał charakter "rażącego sabotażu".

Cytowany w komunikacie prokurator oświadczył wówczas, że podczas oględzin miejsca zdarzenia przeprowadzono dokładną dokumentację terenu oraz podniesiono z dna szereg przedmiotów. "Przeprowadzone analizy wykazały ślady materiałów wybuchowych na kilku znalezionych obiektach" - informowała szwedzka prokuratura.

Czytaj więcej

Na Nord Stream znaleziono ślady materiałów wybuchowych

Teraz w rozmowie z gazetą "Expressen" prokurator Ljungqvist przekazał informacje o kolejnych ustaleniach. - Zasadniczo wydaje nam się, że wiemy, co wydarzyło się na miejscu - powiedział. - Wiemy, jaki to materiał wybuchowy - dodał.

Śledczy wskazał, że można wyciągnąć wnioski na temat tego, jak doszło do zdarzenia. Przekazał, że nic nie wskazuje, by wybuch nastąpił we wnętrzu rury.

Według "Expressen", które powołuje się na opinię Hansa Liwånga, eksperta ze Szwedzkiej Akademii Obrony, ładunek wybuchowy mógł zostać podłożony na dnie morza przy rurach za pomocą statku, a operacja mogła być kontrolowana z pokładu więcej niż jednej jednostki. Zdaniem eksperta, nie chodziło o mały ładunek precyzyjny.

O trzech wyciekach z gazociągów Nord Stream i Nord Stream 2 poinformowano 27 września. Po kilku dniach pojawiła się informacja o jeszcze jednym wycieku. Szwedzcy sejsmolodzy poinformowali, że przed wykryciem wycieków w rejonie gazociągów Nord Stream zarejestrowano dwie eksplozje.

Gazociągi Nord Stream i Nord Stream 2 biegną z Rosji do Niemiec po dnie Morza Bałtyckiego. Sprawę wycieków z gazociągów badają Szwecja i Dania, która informowała, iż wstępne dochodzenie wykazało, że wycieki były następstwem potężnych eksplozji.