W związku ze śmiercią Siergieja Kowalowa przypominamy wywiad, jakiego znany rosyjski obrońca praw człowieka udzielił "Rzeczpospolitej" w 2005 roku.

"Rzeczpospolita": Kiedy zaczynała się "Solidarność", pan siedział w sowieckim łagrze za "agitację i propagandę antyradziecką".

Siergiej Kowalow: Tak, wtedy siedziałem. Posadzili mnie jeszcze w 1974 r.

Doszła do was informacja, że w "bratniej Polsce" coś się dzieje?

Oczywiście. Słuchaliśmy przecież radia, dawano nam czytać gazety. Oczywiście pan może sobie wyobrazić, jak radziecka prasa informowała o tych wydarzeniach, ale sam fakt powstania "S" był nam znany. Oprócz tego spotkaliśmy się z ludźmi przyjeżdżającymi na widzenia, a oni mieli wiadomości także z innych źródeł.

Myślał pan wtedy, że to coś poważnego, pojawiła się jakaś nadzieja na zmiany?

Nie robiliśmy sobie wielkich nadziei. Oczywiście rozmawialiśmy o tym dużo, ale nikt z nas nie wyobrażał sobie, że w Polsce zaczęła się prawdziwa transformacja, że właśnie tworzy się inna konstrukcja polityczna. Polska to był przecież kraj socjalistyczny, członek Układu Warszawskiego. Układu, który nie tak dawno interweniował zbrojnie i okupował Czechosłowację. O stanie wojennym dowiedziałem się w więzieniu Czystopile. Pamiętam, że ktoś przyniósł wtedy nawet powiedzonko pochodzące z dalekiej Polski: "Lepszy Kania niż Wania".

Do powstania "S" kontaktów z polską opozycją pan nie miał?

Zaczęły się dopiero potem. Kiedy już poznałem się z Adamem Michnikiem i Jackiem Kuroniem, okazało się, jak wiele nas łączy i jak łatwo się nam przyjaźnić. Nie chodzi nawet o to, że i oni, i ja byliśmy więźniami politycznymi. Chodzi o to, że mieliśmy bardzo podobne spojrzenie na świat, poczucie odpowiedzialności za kraje, w których żyjemy. Łączył nas kult wolności jednostki i moralna niezgoda na panujący reżim. Myśmy nie przyjmowali tamtego porządku, tak jak mój organizm nie przyjmie przeszczepu ręki drugiego człowieka. Organizm to odrzuca, nie może być inaczej.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Czym różniły się procesy demokratyczne w Polsce i ZSRR?

W Polsce wraz moralnym protestem zaczął się tworzyć ruch polityczny. Polscy dysydenci zrozumieli, że ich przekonania można przekształcić w polityczny ruch, polityczny protest. Tu Polska była absolutnym pionierem. To był pierwszy sukces w socjalistycznym świecie, pierwsza realna zmiana porządku. W ZSRR nikt z dysydentów na taką drogę nie był przygotowany.

Czy radzieckie władze bały się "Solidarności", myślały, że coś podobnego może się przydarzyć w Moskwie?

Więzień polityczny Kowalow nie może zbyt wiele wiedzieć o tym, co się działo wówczas na Kremlu. Ale myślę, że władze nie bały się powstania "S" na swoim terenie, a przynajmniej bały się znacznie mniej, niż obecne obawiają się widma "kolorowej rewolucji". Partia była dobrze poinformowana. Wiedziała, że nasza inteligencja nie jest gotowa do utworzenia takiej struktury, a robotnicy nie pójdą do żadnej radzieckiej "Solidarności". I partia miała rację.

Dlaczego w ZSRR nie mogło być "Solidarności"?

Zanim odpowiem, dodam tylko, że i we współczesnej Rosji nie może ona powstać. Dysydencki ruch w ZSRR dokonał jednego bardzo ważnego odkrycia - to okrycie wewnętrznej wolności. Chcesz być wolnym człowiekiem - bądź nim. Wolność wewnętrzna to jedyna wolność, której zabrać nie można. Nikt nie ma szans wmieszać się w wolność twoich myśli. Nikt nie może zabronić ci mówienia prawdy. Oczywiście władze robiły wszystko, żeby nikt tej prawdy nie usłyszał. Jednak w Moskwie odkryliśmy, jak łatwo i przyjemnie mówi się prawdę. Niemal wszyscy doskonale rozumieliśmy, że nasze protesty przeciwko aresztowaniom i wyrokom nie doprowadzą do żadnego praktycznego efektu. A jednak te protesty były dla nas ważne. Okazało się, że człowiek zaczyna sam siebie szanować i że jest godny tego szacunku. To odkrycie sowieckich dysydentów miało ogromne znaczenie dla całego socjalistycznego obozu.

Jednak przeniesienie akcentu na wewnętrzną swobodę w znacznym stopniu ograniczało nas w działaniach, które w Polsce doprowadziły do powstania "Solidarności". Na przykład KSS KOR bronił robotników, wolności związkowych i chciał wciągnięcia mas w cały ten proces.

"Solidarność" do tej pory, pomimo przemian, zawirowań, odchodzenia i przychodzenia ludzi, nie straciła dawnej moralnej czystości. Jak to możliwe?

To ważne pytanie: dlaczego do tej pory w "Solidarności" jest duch, który sprawił, że w 1980 r. stała się "Solidarnością"? Dlaczego "S" nie mogła stać się standardowym związkiem zawodowym? Dlaczego jest nadal aktywną siłą ideologiczną? Nie znam odpowiedzi.

W ZSRR ruch obrońców praw człowieka ewoluował w różne strony. Obecnie wśród tych, którzy nazywają się "prawozaszczitnikami", może pan spotkać naiwne organizacje, które mało co rozumieją z rzeczywistości. Można też spotkać poważne, w pełni profesjonalne organizacje. Jednak żadna z nich nie może być porównana z "Solidarnością", gdzie procedura wyborcza zaczyna się od najmniejszej komórki, Komisji Zakładowej, a potem ludzie rosną i rosną, aż osiągają wymiar ważny w skali państwa. Przy tym w "S" przez cały czas trwa normalna praca związkowa. Świadczy to o tym, że ducha można zachować. To daje nadzieję.

Czy wasze nadzieje budził Borys Jelcyn? Choć był partyjnym aparatczykiem...

Borys Nikołajewicz bardzo starał się zrozumieć i nauczyć się czegoś nowego, ale dosyć szybko osiągnął szczyt swoich możliwości. Jesienią 1991 r. po puczu Janajewa wielu ludzi wzywało Jelcyna, by natychmiast zwołał Zjazd Deputowanych Ludowych, tak by zatwierdzić fundamentalne zmiany w życiu politycznym. Było to dużo ważniejsze niż reforma gospodarcza, na którą zdecydował się Jelcyn. Mówiono mu, że jest możliwość, by polityka stała się otwarta i przejrzysta. By zatriumfowała praktyka demokratyczna, by powstała demokratyczna konstytucja. Ale Jelcyn się nie zgodził.

Czyli Rosja miała wtedy szansę.

Historyczną szansę, którą Jelcyn odrzucił. Powiedział wtedy: "Mylicie się, czas pracuje dla nas, trzeba się przygotowywać...", po czym wyjechał grać w tenisa i pić wódkę. Kiedy wrócił, dopuścił do siebie swój dawny najbliższy krąg ludzi. Gabinet Gajdara zajął się przemianami gospodarczymi, ale nigdy nie mieszał się do polityki. Jelcyn działał zgodnie ze swoim doświadczeniem życiowym funkcjonariusza partyjnego. Przestrzegał zasad obowiązujących wśród radzieckiej nomenklatury partyjnej, łącznie z umiejętnością zarządzania partyjną nomenklaturą: kogo na kogo napuścić, jakich zajadłych wrogów ustawić obok siebie - tak żeby trzymali się nawzajem w klinczu itd. Intrygi rodem z obwodowego komitetu partii czy też CK KPZR obowiązywały. U nas nie było okrągłego stołu.

To znaczy w Polsce prezydentem został Lech Wałęsa, w Czechach Vaclav Havel, a w Rosji? KGB Andropowa i Czernienki oddało władzę komunistom reformatorom Gorbaczowa i Jelcyna, którzy znów oddali władzę KGB-istom Putina. Dobrze pana rozumiem?

Tak. Z jednym zastrzeżeniem. Granicę między komunistami a KGB-istami trudno wyznaczyć. To jedna kompania. Putin kontynuuje tę drogę. Jest ona tylko lepiej zaplanowana, mniej chaotyczna. Tacy to "demokraci" doszli do władzy.

Z demokratami niewiele mieli wspólnego.

Jednak publiczność uwierzyła w to, bo oni nazwali siebie demokratami.

Gdzie byli wtedy właściwi demokraci?

Zostali ubrudzeni tym błotem, ale także oni są winni. Nie pamiętali, jak ich polscy i czescy koledzy, że idee demokratyczne są wspaniałe, ale nie wystarczy o nich mówić. Trzeba je także wprowadzać w życie. Myślę, że ruch dysydencki w ZSRR wywarł spory wpływ na Polskę i Czechosłowację. Jednak opozycjoniści w tych krajach poszli dalej. Zrozumieli, że trzeba wprowadzać ideały w życie. Myśmy zbytnio pasjonowali się ideą wewnętrznego wyzwolenia, wyzwolenia od dogmatu. Nie zaryzykowaliśmy przejścia do działań praktycznych.

Chodzi o to, że w rosyjskiej tradycji społecznej praktyczna działalność polityczna zawsze prowadziła do rewolucji, oporu i terroru. Tego baliśmy się bardzo. Nie chcieliśmy być tacy sami jak nasi poprzednicy. Baliśmy się.

Zatem rosyjscy dysydenci nie poszli do polityki.

Tak, na palcach można policzyć dysydentów, którzy trafili do polityki pod koniec lat 80. i na początku 90.: Andriej Sacharow, Rewolt Pimienow, Michał Małostwow, Julij Rybakow, Siergiej Kowalow i jeszcze trzech lub czterech. Inni doszli do wniosku, że oni swoje zrobili i teraz ich aktywność społeczna będzie poświęcona odmiennym, kardynalnie ważnym problemom. Na przykład Tatiana Michajłowna Wielikanowa (zmarła w 2002 r. - red.) poszła uczyć w szkole w młodszych klasach. To bardzo ważna sprawa, bo sowieckie korzenie zagnieżdżone są w szkole. Ilu utalentowanych uczniów, takich, od których coś będzie kiedyś zależało, miała Tatiana Michajłowna? Trzech? Pięciu? Ważniejsze jest zbudować system, w którym nie będzie miejsca dla sowieckiej szkoły.

Chorowaliście na romantyzm?

Nie romantyzm. Sam nie wiem, jak to nazwać. Baliśmy się i do tej pory boimy się zrozumieć, że obrońcy praw człowieka nie bronią ofiar systemu, ale samego prawa. Ofiar jest tyle, że wszystkich i tak nie można obronić. Trzeba walczyć o wprowadzenie w życie zasad, trzeba domagać się zmian systemowych.

Często pan przyjeżdża do Polski?

Mniej więcej co roku. Nie wiem dlaczego, ale w Polsce mnie lubią. Może dlatego, że po ojcu jestem Adamowicz? Mój ojciec Adam miał trochę polskiej krwi, urodził się w zachodniej Białorusi, czyli w pozostającym pod zaborem rosyjskim Królestwie Polskim. Jako wykształcony kolejarz mówił po polsku, choć potem zupełnie zapomniał tego języka. Jednak do końca życia czytał po polsku i grając na mandolinie, śpiewał polskie piosenki.