Żołnierz zastrzelił siedmiu kolegów w koszarach w stolicy. Potem sam został zastrzelony.

Ministerstwo Obrony zapewniło, że tym razem nie był to żaden atak terrorystyczny, co nie wszystkich uspokoiło. Zwłaszcza że służby bezpieczeństwa ostrzegały ostatnio, iż „uśpione komórki islamistów" szykują się do ataku na mundurowych.

W Tunisie wciąż obowiązują specjalne zasady bezpieczeństwa po zamachu na jedną z największych atrakcji turystycznych stolicy, do którego doszło ponad dwa miesiące temu. Zginęło wtedy 21 turystów, w tym trójka Polaków. Atak przypisano wyszkolonym w sąsiedniej Libii fundamentalistom islamskim.

Środowa strzelanina rozegrała się w tej samej dzielnicy, koszary od gmachu parlamentu, pod którym zaczął się w marcu atak islamistów, i od sąsiedniego Muzeum Bardo dzielą dwa przystanki tramwajowe.

Zabójca, młody kapral z koszar Buszusza, miał ponoć problemy psychologiczne i rodzinne. I był objęty zakazem noszenia broni palnej.

Broń, jak opisywały tunezyjskie portale, zdobył po porannym apelu. Gdy zakończyło się wykonywanie hymnu narodowego, postraszył innego żołnierza nożem i wyrwał mu karabin.

Postrzelił 17 osób, z tego siedem śmiertelnie. Wśród zabitych jest pułkownik. Z powodu strzelaniny ewakuowano sąsiednią szkołę. Specjalne jednostki policji przeczesywały okoliczne ulice. MSW zapewniało, że wymiana ognia ograniczyła się do koszar.