Na pewno nie jest to łatwe. Policja, na przykład, wszczyna śledztwo wtedy, kiedy dostaje zawiadomienie o popełnionym przestępstwie. My tak postępować nie możemy. Zaczęliśmy ich ścigać w kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny, kiedy większość sprawców zbrodni związanych z Holocaustem już nie żyła.
Ich ściganiem zajmuję się od 35 lat. Nasz sposób działania stale się zmieniał i rozwijał i obecnie opiera się w dużym stopniu na sprawdzaniu napływających do nas informacji o potencjalnych zbrodniarzach, którzy wciąż jeszcze żyją.
Większość dobrze znanych nazistów już nie żyje. Jak trudno jest dziś dotrzeć do tych, którzy jeszcze żyją. Czy się ukrywają, albo zmienili na wszelki wypadek nazwisko?
Ci, do których dotarliśmy, nie zmienili nazwiska. Po prostu nie liczyli się z tym, że ktoś może ich poszukiwać. Kto bowiem poszukuje, dajmy na to, litewskich policjantów, którzy mordowali Żydów jeszcze przed wkroczeniem Wehrmachtu na Litwę? Albo członków Waffen-SS walczących na froncie wschodnim? Kto się nimi dziś jeszcze interesuje? Ale właśnie oni znaleźli się nagle na naszym celowniku. Można powiedzieć, że to jest nie fair. Przecież ich przełożonych, którzy mieli o wiele więcej na sumieniu albo w ogóle nigdy nie postawiono przed sądem, a nawet jeśli postawiono, to albo uniewinniono, albo skazano na lekkie kary. Proszę jednak wziąć pod uwagę, że zasada odpowiedzialności indywidualnej dotyczy każdego, kto kiedyś popełnił jakieś przestępstwo. W niektórych pojedynczych przypadkach można mówić o pechu, że w tak podeszłym wieku któryś z dawnych zbrodniarzy wojennych został przez nas ujawniony.
W roku 2005 zainicjował Pan w Niemczech i innych krajach akcję pod nazwą "Operacja ostatnia szansa". W roku 2013 w kilku dużych niemieckich miastach rozlepiono plakaty z napisem, że za informacje prowadzące do ujęcia nazistowskich przestępców można otrzymać nagrodę w wysokości do 25 tysięcy euro. To ostatnie wywołało także krytykę. Co udało się Panu i innym pracownikom izraelskiego biura Centrum Wiesenthala uzyskać w ramach tej akcji?
Wielu ludzi wie, że Centrum Szymona Wiesenthala tropi nazistowskich zbrodniarzy wojennych i poszukuje informacji o nich. Ci ludzie nie muszą, rzecz jasna, przypomnieć sobie o tym po obejrzeniu plakatu na przystanku autobusowym w Berlinie. Skontaktują się z nami z własnej inicjatywy telefonicznie lub wyślą do nas maila. Inna rzecz, że wiele informacji, które otrzymujemy, jest bezwartościowych. Oto przykład: ktoś do mnie zadzwonił z informacją, że w latach 70-tych widział gdzieś w Peru starszego Niemca, który żył samotnie w pasterskiej chacie. Co mam z tym zrobić? Wynająć samolot i wyruszyć na poszukiwanie tego Niemca?