Niższa izba filipińskiego parlamentu uchwaliła w poniedziałek w trzecim czytaniu projekt prawa rozwodowego. I to mimo sprzeciwu prezydenta Rodrigo Duterte, który swoje małżeństwo... unieważnił.

Teraz ustawa trafi do senatu. Gdy obie izby parlamentu zgodzą się na prawo rozwodowe, i tak prawo weta wciąż będzie miał Duterte.

Posłanka Emmi de Jesus powiedziała, że ustawa została napisana z powodu "krzyku kobiet uwięzionych w związkach pełnych przemocy". Jej zdaniem społeczeństwo potrzebuje pomocy rządu, aby móc legalnie wyswobodzić się z "małżeństw nie do naprawy".

Posłowie przyjęli ustawę stosunkiem głosów 134 do 57 przy dwóch głosach wstrzymujących się.

Ustawę ostro krytykują hierarchowie kościelni. - Rozwód może być w istocie szybkim rozwiązaniem dla tzw. "nieudanych małżeństw", ale może zniszczyć te małżeństwa, które mogłyby być uratowane - ocenił abp Romulo Valles, przewodniczący konferencji Episkopatu Filipin. - Tam gdzie rozwód jest prezentowany jako prosty wybór, małżeństwa i rodziny łatwiej się rozpadają - dodał.

Tymczasem 24 organizacje katolickie opublikowały oświadczenie, w którym napisały że "pary, które przechodzą razem próby małżeńskie, wzrastają w cnocie i szczęściu".

Obecnie na Filipinach można małżeństwo tylko unieważnić. Wymaga to jednak czasu i niekiedy dużych nakładów finansowych - zauważa Radio Watykańskie. Uczynił tak m.in. prezydent Duterte, który teraz, krytykując ustawę, martwi się o dobro dzieci, których rodzice się rozwodzą.

Zeszłoroczny sondaż niezależnej organizacji Social Weather Stations pokazał, że legalizacją rozwodów opowiada się 53 proc. społeczeństwa.

Jeśli ustawa zostanie na Filipinach przyjęta, ostatnim państwem na świecie bez legalnych rozwodów pozostanie Watykan.