Korespondencja z Rzymu

Burmistrz 2,6-tysięcznego Amatrice powiedział przez ściśnięte gardło przed kamerą: „Moje miasto już nie istnieje". A potem się rozpłakał.

Przed kamerami rozpaczają ludzie, którzy stracili wszystko: bliskich i dom, nierzadko dorobek całego życia. Nie kryli łez ratownicy, którzy dotarli do ofiar, niestety już martwych. Ale raz na jakiś czas, gdy strażakom udawało się wydobyć spod gruzów żywych, na chwilę na twarzach pojawiały się uśmiechy i łzy szczęścia. Ludzie bili brawo.

Generalnie jednak akcji ratunkowej towarzyszyła dramatyczna cisza, bo usuwając gruz, wszyscy nasłuchiwali, czy gdzieś spod ruin ktoś nie nawołuje pomocy.

Z napływających ciągle informacji wyłaniał się siłą rzeczy niekompletny obraz tragedii. Amatrice (znane z wymyślonego tam ostrego sosu do spaghetti – alla amatriciana) leży w gruzach, podobnie jak odległe o 10 km Accumoli (667 mieszkańców) i Arquata del Tronto (1,3 tys mieszkańców).

Inne położone w okolicy, mniej zniszczone miejscowości się wyludniły. Mieszkańcy w obawie, że wstrząsy się powtórzą, pojechali do swoich krewnych lub znajomych w innych częściach Włoch albo wraz z tymi, którzy stracili dach nad głową, przenieśli się do stawianych przez ochronę cywilną miasteczek namiotowych i schronisk.

Trzęsienie ziemi dotknęło przede wszystkim kilkadziesiąt małych wsi i miasteczek, co utrudnia koordynację akcji ratunkowej, nie mówiąc o zbieraniu statystyk, tym bardziej że przede wszystkim chodzi o ratowanie ludzi spod gruzów.

Eksperci mówią, że to szczęście w nieszczęściu, bo gdyby epicentrum znajdowało się na przykład 80 km dalej na północ, pod Perugią, ofiary trzeba by liczyć w tysiącach. Większość włoskich telewizji zrezygnowała z zaplanowanych na środę programów, poświęcając cały czas antenowy tragedii. Praktycznie to ponury apel poległych: zmieniająca się liczba ofiar śmiertelnych – 6,10, 15, 25, 38, 63, potem 73.

Pierwszy wstrząs o sporej sile sześciu stopni w dziewięciostopniowej skali Richtera nastąpił o 3.36 nad ranem. Trwał 142 sekundy. Epicentrum o głębokości 4 km zlokalizowano w okolicy Rieti, oddalonego ok. 80 km od stolicy. 20 minut potem ziemia drżała przez minutę, tym razem z mniejszą siłą, bo 4,4 stopnia.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Po tych dwóch wstrząsach doszło do wielu wtórnych, szczęściem o coraz mniejszej sile. Ostatnie o 13.30, ale sejsmologowie przestrzegają, że w każdej chwili mogą się zdarzyć następne, być może silniejsze: za godzinę, a może za tydzień.

Akcja ratownicza z udziałem wojska, helikopterów, ochrony cywilnej i Czerwonego Krzyża przebiegała sprawnie. Pierwsze ekipy pojawiły się w Amatrice już o 4.00 nad ranem, czyli 25 minut po pierwszym wstrząsie. Do 9.00 rano ekipy ratownicze dotarły wszędzie tam, gdzie były potrzebne. Skrzyknęli się skauci i wolontariusze. Ci z odległej Sardynii przywieźli ze sobą namioty i zbudowali obóz dla tych, którzy już nie mają gdzie mieszkać. Na miejsce przyjeżdżały samochody przeróżnych organizacji społecznych z żywnością, kocami i wszystkim, co może posłużyć ofiarom.

Włoskie media rozpoczęły zbiórkę pieniędzy na pomoc poszkodowanym.. Papież Franciszek wyraził solidarność i zapewnił o swoich modlitwach za ofiary ich rodziny. Premier Renzi zapewnił, że pomoc państwa dotrze do wszystkich potrzebujących, że nikt nie będzie pozostawiony samemu sobie.

Trzęsienie ziemi było również odczuwalne w Rzymie (podobnie, choć o wiele słabiej w Bolonii i Neapolu), choć nie stwierdzono żadnych poważnych szkód. Na północno-wschodnich peryferiach miasta ludzie opuścili domy i spędzili resztę nocy na ulicach i placach.

O 3.36 rano zaczęła się również trząść w posadach solidna kamienica koło Watykanu, w której mieszkam na ostatnim, piątym piętrze. Zbudziłem się i poczułem, że łóżko pode mną tańczy. Zapaliłem lampkę przy łóżku i zastygłem. Potężnie kołysała się sufitowa lampa, wydawało się, że za chwilę upadnie regał z książkami. Ze ścian spadło kilka obrazków.

Tylko ten, kto przeżył trzęsienie ziemi, zna potęgę totalnie paraliżującego strachu, że za chwilę dom runie, i wydające się wiecznością chwile bezradnego patrzenia w sufit z nadzieją, że nie spadnie na głowę. I wcale nie pomogło, że siedem lat temu przeżyłem w domu jeszcze silniejsze wstrząsy, gdy w okolicach L'Aquili (6,3 stopnia) trzęsienie ziemi pociągnęło za sobą aż 309 ofiar.