Po raz pierwszy w swojej historii Rosyjska Cerkiew Prawosławna (RCP) zwołała synod poza granicami Rosji. W poniedziałek w trybie nadzwyczajnym do Mińska udał się patriarcha Cyryl I, który w ciągu trzech dni będzie przewodniczył pracom najwyższego duchowieństwa rosyjskiej Cerkwi. Owocem tych rozmów ma być odpowiedź na ostatnią decyzję synodu Patriarchatu Konstantynopolitańskiego, który w ubiegłym tygodniu postanowił kontynuować nadanie autokefalii dla ukraińskiej Cerkwi.

W Moskwie spekulują, że chodzi nie tylko o Ukrainę i że patriarcha nieprzypadkowo udał się na Białoruś. Zwłaszcza że kilka dni temu białoruski Mohylew odwiedzał Władimir Putin. Przeprowadził tam nawet posiedzenie Rady Bezpieczeństwa i, o ironio, też rozmawiano o religii i o przyszłości ukraińskiej Cerkwi.

Zły ukraiński przykład

Były doradca rosyjskiego prezydenta Andriej Iłłarionow na łamach portalu radia Echo Moskwy stwierdził, że ostatnia decyzja Konstantynopola pośrednio, ale zahaczyła też o Cerkiew Białoruską. W ubiegłym tygodniu synod w Konstantynopolu unieważnił aneksję prawosławnej metropolii kijowskiej przez Patriarchat Moskiewski w 1686 roku. Iłłarionow przypomina, że wtedy do rosyjskiej Cerkwi dołączono też metropolie brzeską, turowską, połocką oraz mścisławsko-mohylewską, które obecnie znajdują się na terenie Białorusi i należą do Białoruskiej Cerkwi Prawosławnej (BCP) Patriarchatu Moskiewskiego.

Niezależna białoruska gazeta „Nasza Niwa" twierdzi z kolei, że po uniezależnieniu się od Moskwy ukraińskiej Cerkwi prawo takie otrzyma też białoruska. Gazeta pisze o trwającej rewolucji „w głowach białoruskiego prawosławnego duchowieństwa". W odróżnieniu od Ukrainy na Białorusi nie było rozłamu w Cerkwi na początku lat 90. Białoruska Autokefaliczna Cerkiew Prawosławna ma zaledwie kilkanaście parafii, większość poza granicami kraju. Ponad 80. proc. wierzących Białorusinów (prawie połowa społeczeństwa) należy właśnie do Patriarchatu Rosyjskiego. – Jesteśmy tak samo niezależni jak Białoruski Kościół Katolicki jest niezależny od Watykanu – tłumaczy „Rzeczpospolitej" rzecznik Białoruskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. – Ukraiński przykład jest negatywnym przykładem dla nas – twierdzi.

Brak zaufania

Białoruskie media od lat spekulują, że Aleksandrowi Łukaszence nie układa się współpraca z kierownictwem Białoruskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. Kłopoty zaczęły się w 2013 roku, gdy w stan spoczynku odszedł zwierzchnik białoruskiej Cerkwi Filaret. Wtedy białoruskie media rządowe promowały proboszcza parafii Wszystkich Świętych w Mińsku Fiodora Pownego blisko związanego z władzami w Mińsku. Spekulowano, że Łukaszenko chce, by na czele Cerkwi po raz pierwszy w historii kraju stanął właśnie Białorusin. Jego zdania Moskwa nie wzięła pod uwagę. Na miejsce Filareta rosyjski patriarcha przysłał metropolitę riazańskiego Pawła.

– Łukaszenko został wtedy mocno upokorzony. Wyraźnie pokazano mu, gdzie jest kanoniczne terytorium Moskwy i nic nie mógł zrobić – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksander Milinkiewicz, wykładowca akademicki i były kandydat na prezydenta Białorusi. – W białoruskiej Cerkwi panuje sytuacja jak za czasów ZSRR, gdy stanowiska pierwszego sekretarza komunistycznej partii w Mińsku nie mogła zajmować osoba pochodząca z zachodniej Białorusi. Moskwa nie ma zaufania do miejscowych – dodaje. ©?