Funkcjonariusze starali się oddzielić uczestników Marszu Równości od manifestantów z Narodowego Odrodzenia Polski. Działanie gazu odczuli też dziennikarze, stojący między kordonem policji a Narodowym Odrodzeniem Polski. Policja legitymowała uczestników manifestacji, niektórzy – jak twierdzą – zostali  zakuci w kajdanki.

Marsz Równości pod znakiem tęczowej flagi i hasłami "Nieważna płeć, ważne uczucie", skończył się po godz. 15.30, gdy nad Krakowem szalała burza.

Pod Wawel przyjechał m.in. Robert Biedroń z Kampanii przeciw Homofobii. Mówił, że choć nadal odbywają się podczas takich imprez kontrmanifestacje, to nie pojawiają się już na nich politycy. Dodał, że kilka lat temu Polacy mówili, że nie znają żadnego geja ani lesbijki, a dziś się to zmienia, m.in. pod wpływem znanych osób, które przyznały się do homoseksualizmu.

Około 100 narodowców powitało Marsz Równości napisami: "Zakaz pedałowania" i okrzykami: "Rynek krakowski nigdy nie będzie gejowski", "Każdy to powie - nie chcemy gejów w Krakowie". Gdyby nie ok. 300 policjantów i 100 strażników miejskich zabezpieczających obie imprezy, mogłoby skończyć się nie tylko na utarczkach słownych.

Policja zatrzymała 14 osób. Jedną za czynną napaść na funkcjonariusza, resztę - za zakłócanie manifestacji. To członkowie Narodowego Odrodzenia Polski.

Do szpitala trafił także uczestnik Marszu Równości, który miał zostać pobity już po demonstracji gejów i lesbijek w centrum miasta. Wszczęto postępowanie w tej sprawie, wiadomo jednak, że osoba ta nie odniosła poważniejszych obrażeń.