Elektronika i jej pochodne systematycznie wkraczają do sądów, nie mam jednak wątpliwości, że nieraz niczego nie ułatwiają sądowym interesantom, nawet gdy są sprawne, ponieważ nie każdy potrafi z nich korzystać i ma wystarczająco dużo czasu.
Prosta rzecz: podświetlona skrzynka na wokandę na drzwiach sali rozpraw. Podejrzewam, że ile jest w Polsce sądów, tyle skrzynek, skupię się więc na jednej.
W najniższym okienku tej skrzynki, które od razu rzuca się w oczy, jeśli interesant nie jest dryblasem, jest wyraźny napis: „Z WYŁĄCZENIEM JAWNOŚCI".
– O... nasza sprawa jest z wyłączeniem jawności, mówi interesantka, może nawet prawniczka, do pań jej towarzyszących.
– Na jakiej podstawie pani tak twierdzi? – pytam nieco zaczepnie kobietę kreującą się na wszystkowiedzącą.
– Jak to, jest tu wyraźnie napisane – mówi.
– Owszem, jest napisane, ale nie jest podświetlone – odpowiadam.
I tak tego dnia skrzynka nie była chyba podświetlona, być może zwyczajnie żarówka wysiadła, a może sędzia czy protokolant nie nacisnął odpowiedniego przycisku.
Tak czy inaczej, wyciąganie daleko idących wniosków z elektrycznej wokandy było ryzykowne.
Na szczęście są obok tradycyjne wokandy papierowe i chociaż na nich jest coraz mniej treści (to efekt presji na przestrzeganie zasad prywatności w publicznym skądinąd miejscu), interesant może się zorientować, ile ma czasu do rozprawy, pod warunkiem oczywiście, że ktoś już odhaczył wcześniejsze.
Inny przykład, nie ma w nim nawet udziału techniki, to kiedy dana sesja zostanie przeniesiona na inną salę, nie daj Boże w inny koniec korytarza czy na inne piętro. Wiele osób zauważa to w ostatniej chwili i zaczyna się dramatyczne szukanie. W małym sądzie to raczej proste, w większym szukający sali może nie zdążyć nawet na koniec rozprawy.
Czego tu brakuje? Brakuje człowieka, którego elektronika nie zastąpi.
W sytuacji kiedy chyba wszystkie sądy są chronione zastępami strażników, powinno je być stać na swego rodzaju woźnego obecnego zwłaszcza w godzinach intensywnej pracy, powiedzmy od 8.30 do 15.30, a więc przez siedem godzin. W małym sądzie mógłby on sobie nawet siedzieć przy wejściu czy szatni, gdyż cały sąd miałby jak na dłoni, w większym być może powinien mieć jeszcze np. pomocnika, ponieważ czasem trzeba zaprowadzić interesanta do odpowiedniej sali, a główny posterunek raczej nie powinien stać pusty, bez woźnego.
Takie obowiązki mógłby wykonywać nieco tylko przeszkolony zwykły urzędnik sądowy – jako swego rodzaju dyżurny. Uważam, że powinien być wyraźnie oznaczony, najlepiej aby to było oznaczenie identyczne w całej Polsce. Tak jak łatwo zauważyć policjanta na skrzyżowaniu, tak woźny powinien być widoczny w sądzie.
Chyba to wykonalna reforma?