Jest pierwszy dzień tygodnia. Większość nie przepada za poniedziałkami, jednak ja należę do grupy stojącej po przeciwnej stronie. Jestem jednym z tych szczęśliwców, którzy wzięli sobie do serca słowa Konfucjusza i wybrali profesję, którą kochają i nigdy nie mają poczucia, że faktycznie pracują. Przychodzę zatem do pracy, która nie jest dla mnie mordęgą, lecz frajdą, jest godzina 10. Nie wstałam na tyle wcześnie, by, gdy ledwie wybije 14, marzyć o drzemce, ale też nie spałam tak długo, by chwilę po pierwszym posiłku wiedzieć, że zaczynanie czegokolwiek nie ma sensu, bo i tak nie zdążę. Jest idealnie.