Pomysł jest prosty: na plan pierwszy wystawia się ludzi ze sztabu prezydenta walczącego o reelekcję, którzy chętnie odpowiadają na pytania o trasę dudabusa, a na wszelkie inne nie odpowiadają, bo to „nie dotyczy Andrzeja Dudy jako kandydata, tylko jako prezydenta" – jak oświadczył rzecznik sztabu Adam Bielan. Zważywszy że w sztabie nie ma przedstawicieli ziobrystów – nie ma też kogo zapytać o sprawy sądownictwa. Na próżno też spodziewać się odpowiedzi w sprawie weta dotyczącego pomysłu przekazania TVP 2 miliardów złotych. Kandydat nie ma z tym nic wspólnego, bo to sprawa prezydenta.
A gdzie prezydent? Chwilowo nieobecny, bo prowadzi kampanię jako kandydat.
Przeczytaj także: Prezydent chce kultury w kampanii, opozycja chce weta
Być może Andrzej Duda powinien więc rozważyć wzięcie urlopu na czas kampanii, by ubiegać się o urząd prezydenta. Chyba że swoje obowiązki jako głowa państwa wykonywać będzie w konkretne dni, a wtedy np. jego rzecznik Błażej Spychalski zorganizuje briefing na temat zamiarów swojego szefa – czyli prezydenta.
Inni ubiegający się o ponowny wybór prezydenci mieli podobny problem. Bronisław Komorowski w biegu przesiadał się z prezydenckiej limuzyny do bronkobusa. Ale do tej pory żaden z nich nie miał do rozwiązania tak ostrych dylematów i tak kontrowersyjnych do podjęcia decyzji jak Andrzej Duda. Zafundowało mu taką sytuację polityczne zaplecze, z ośrodkiem sztormowych niżów na Nowogrodzkiej.
Gdyby PiS zachowało się tak, jak uczą podręczniki politycznych strategii, prezydent miałby przedpole wyczyszczone: otwierałby nowe inwestycje, jeździł na Jasną Górę, organizował dzieciom pogadanki w lasach przy ognisku i podróżował środkami komunikacji publicznej. Ale nic z tego. Sytuacja w państwie jest napięta jak postronek i zabagniona jak dolina Biebrzy. Nawet sztabu nie można było spokojnie zaprezentować i zbierać z tego tytułu politycznych punktów, bo tego dnia CBA weszło do Banasia, a NiK do prokuratury. Do tego wolność stracił agent Tomek, niegdysiejszy ulubieniec ministra-koordynatora Mariusza Kamińskiego. Wszystko to, zamiast pomagać i odwracać uwagę, powoduje wrażenie chaosu i – jak się kiedyś mówiło w stolicy – zwykłej dintojry.
Czy prezydentowi uda się od tego odkleić? Z ustawą kagańcową szło mu już nieźle, spadek notowań PiS go nie dotknął.
A teraz? Czy wystarczy ezopowe odcięcie się od niedoszłej rzeczniczki sztabu Joanny Lichockiej i jej palca? Trójka politycznych wyjadaczy: Joachim Brudziński, Beata Szydło i Adam Bielan, ma twardy orzech do zgryzienia. Na szczęście dla prezydenta pomaga im doświadczona adwokat Jolanta Turczynowicz-Kieryłło. Tyle że w wyborach prezydenckich nie przewidziano apelacji.