Co więcej, wiele wskazuje na to, że Rosja swojej kolonialnej przeszłości się nie wstydzi i nie zamierza za nią jakkolwiek przepraszać, a także, co być może ważniejsze, tę kolonialną politykę kontynuuje. Bez względu na to, pod jakimi sztandarami by nie funkcjonowały, władze w Rosji nie będą widziały potrzeby rozliczenia się ze swoją imperialną i kolonialną przeszłością, ani tym bardziej jej zakończenia.
W swoim orędziu do Zgromadzenia Federalnego w rocznicę napaści na Ukrainę, będącym kompilacją kłamstw i manipulacji, prezydent Putin stwierdził, że Zachód nie zmyje hańby kolonializmu, jaką przez stulecia narzucał innym narodom. Umknęło mu najwyraźniej, że o ile rzeczywiście wiele krajów globalnej Północy ma do spłacenia rachunek krzywd, o tyle jednak proces rozliczenia swojej własnej przeszłości rozpoczęło. Rosja nie tylko oczywistym faktom w tym zakresie zaprzecza, ale wręcz schematy kolonialne nadal stosuje.
Jakby czas się zatrzymał
Pod tą misternie utkaną siecią kremlowskiej propagandy kryją się fakty, które czekają na to, żeby zetrzeć z nich grubą warstwę kurzu. Inne, jak mapa rozwoju terytorialnego Rosji, są widoczne od razu. Potęga Imperium Rosyjskiego była zbudowana na podbojach krajów Europy Środkowo-Wschodniej, Kaukazu, Azji Centralnej i Syberii. W jej szczycie Imperium Rosyjskie rozciągało się od Morza Bałtyckiego po Kamczatkę, wchłonęło ponad 200 grup etnicznych i obejmowało 11 stref czasowych. Przejęcie tak wielu ziem było niemożliwe bez użycia przemocy wobec rdzennej ludności i bez stosowania metod kolonizacyjnych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że ten modus operandi był źródłem powodzenia Rosji od zarania jej dziejów – ziemie Wielkiego Księstwa Moskiewskiego bynajmniej nie obfitowały w bogactwa naturalne, ani też nie należały do szczególnie urodzajnych. Dostarczycielem dostatku dla imperialnego „centrum” stały się zatem „peryferie”.
Federacja Rosyjska odziedziczyła cały ten arsenał funkcjonowania kolonialnego imperium: począwszy od bogacenia się na surowcach naturalnych kolonizowanych ziem, poprzez budowanie narracji na temat ich „wrodzonej” rosyjskości, a często rusyfikowaniu i wynaradawianiu rdzennej ludności, a na militarnych napaściach kończąc. Poza sporem jest to, że wszystkie te „militarne operacje” Federacji Rosyjskiej zawierają w sobie wiele cech wojen kolonialnych: chodzi w nich o utrzymanie stanu posiadania nad terytoriami, nad którymi Rosja po rozpadzie Związku Radzieckiego utraciła kontrolę. Jakby czas się w tym miejscu zatrzymał: przywódcy Rosji nie dostrzegli, że świat jest już w innym miejscu, niż był nawet w XIX wieku. Po dwóch wojnach światowych, które zabrały setki milionów istnień ludzkich i cofnęły ludzkość w rozwoju o dziesiątki lat, zbrojna napaść na sąsiedni kraj, tylko dlatego, że ma określone zasoby, które można zawłaszczyć, jest zwyczajnie nieakceptowalna.
Długa historia „operacji specjalnych”
Jeszcze we wrześniu 1991 r., kiedy ówczesny przywódca czeczeńskiego ruchu niepodległościowego Dżochar Dudajew zakwestionował rosyjską supremację, prezydent Borys Jelcyn wysłał do Groznego rosyjskich komandosów. Mało kto dzisiaj pamięta, ale tę „operację” również nazwano „specjalną”. Okazała się ona porażką, niestety, równie krótkotrwałą jak niepodległość, którą przyniosła Czeczenii.