[b]Rz: Pracodawcy coraz częściej kontrolują listy i e-maile pracowników. W wielu przypadkach narusza to tajemnicę korespondencji, którą gwarantuje nam art. 49 konstytucji.[/b]
[b]Tomasz Sobierajski:[/b] Pracodawcy często mają wobec pracownika poczucie własności. Wiele umów, kontraktów, tworzonych jest w taki sposób, by im to ułatwić. Zatrudniając pracownika, dają mu służbowy telefon, zapraszają na spotkania integracyjne po to, by czuł się związany z firmą. Sądzą więc, że jako szefowie mogą ingerować w jego korespondencję. O ile jednak szef ma prawo do własności intelektualnej pracownika, o tyle nie ma prawa do jego prywatności.
[b]A jeszcze nie tak dawno temu rodzice czy dziadkowie uczyli nas, że cudzych listów się nie czyta. Czy ta zasada już nie obowiązuje?[/b]
Wielu rodziców nie przekazuje już tego swoim dzieciom. Może dlatego, że sami o tym nie słyszeli? Przyczynił się też do tego rozwój prasy kolorowej. Publikowane tam intymne zwierzenia sprawiają, że granica prywatności się zaciera.
[b]A może nie czyta się tylko listów na papierze. E-maile już wolno?[/b]
Dawniej pisanie listów było sztuką. Dziś komunikujemy się częściej, każdy pisze e-maile i esemesy. Straciliśmy szacunek do korespondencji. Ludzie myślą, że nie obowiązują ich te same normy co w przypadku listów.
A tak naprawdę zmieniła się tylko strona techniczna. Nadal obowiązują zasady dobrego wychowania i nie mamy prawa bez zgody drugiej osoby czytać jej listów.
[b]Kontrola chyba czasem jest jednak konieczna, np. ze względu na różne zagrożenia?[/b]
To jest nie do pomyślenia np. na amerykańskich uniwersytetach. Mieszkałem kiedyś w budynku dla wykładowców. Ciągle przychodziły tam jakieś listy i paczki
do osób, które już się stamtąd
wyprowadziły. Mimo to nikomu nie przyszło do głowy, aby je otworzyć. A przecież można by tłumaczyć, że warto te paczki otwierać ze względu na zagrożenie terroryzmem.
[i]—rozmawiała Monika Gębala[/i]