Kilka dni temu Sąd Okręgowy w Rybniku skazał – już prawomocnie – m.in. za znęcanie się nad zwierzętami, właścicieli cyrku Katerynę S. i Sebastiana S., wymierzając im kary roku więzienia w zawieszeniu i grzywny.

W efekcie tego orzeczenia niedźwiedź Baloo, trzy żółwie i krokodyl nie wrócą już do cyrku. Kilka miesięcy wcześniej Sąd Rejonowy w Olsztynie skazał Edwarda O., właściciela ośmiu psów, które przetrzymywał w klatkach przyłożonych betonowymi płytami, na trzy miesiące pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem na okres dwóch lat próby, 1 tys. zł nawiązki na cel związany z ochroną zwierząt, przepadek należących do niego psów oraz środek karny w postaci dziesięcioletniego zakazu posiadania psów i kotów. Z kolei Patryk M. ze Szczecina za skopanie i uduszenie kilku psów usłyszał karę 3,5 roku bezwzględnego więzienia. Wszyscy pamiętamy też historię psa Filo, który jako szczeniak został skatowany przez właściciela i na zawsze pozostanie niepełnosprawny. Jego oprawca usłyszał wyrok 1,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności i dziesięcioletni zakaz posiadania zwierząt.

Z danych MS z lat 2016–2020 wynika, że systematycznie rośnie liczba prawomocnie skazanych za przestępstwa wobec zwierząt. Tylko w 2019 r. było to 779 osób. Rok później już o tysiąc więcej. Raport organizacji Otwarte Klatki wskazuje jednak, że prokuratura wciąż umarza wiele takich spraw. Gdzie tkwi problem?

Katarzyna Topczewska, adwokat od lat reprezentująca organizacje przed sądami, mówi, że dziś problemem jest to, że sędziowie nie wykorzystują możliwości karania, jakie daje im obecna ustawa. I wyjaśnia, że zwiększają się wymagania społeczne w sprawie karania oprawców zwierząt. Dziś, jak zauważa adwokat, maksymalne zagrożenie w tych sprawach wynosi pięć lat pozbawienia wolności. Czyli tyle samo co za kradzież. – Tak ustawodawca określił wymiar maksymalnej kary, stawiając na równi: mienie i życie zwierzęcia. Sądy, jej zdaniem, nie tylko bardzo rzadko sięgają po surowe kary, ale w bardzo ograniczonym zakresie korzystają także z innych środków. Przykład? Za znęcanie się nad zwierzęciem sąd może orzec nawiązkę do 100 tys. zł. Tymczasem polskie sądy, jeśli już korzystają z tego środka, to jest to najczęściej kwota od tysiąca do kilku tysięcy złotych. Podobnie jest z zakazem posiadania zwierzęcia. Jeśli sprawa dotyczy znęcania się przez rolnika czy hodowcę, to sąd nie wymierzy takiego środka, bo uważa, że byłby on dla nich zbyt dolegliwy.

Dlaczego sądy są łagodne dla oprawców – zapytaliśmy sędziego Macieja Czajkę, Sąd Okręgowy w Krakowie. – Byłbym ostrożny z taką oceną. Generowanie opinii na temat łagodności jest bardzo niebezpieczne – mówi „Rzeczpospolitej”. Zgadza się, że mechaniczne podnoszenie kar na niewiele się zdaje. To zabieg czysto populistyczny – uważa sędzia. Zapewnia, że żaden z sędziów nie został zaprogramowany, by właśnie na podstawie tej ustawy karać łagodnie. – Każda sprawa jest indywidualna, a to na stronach ciąży obowiązek wykazania okrucieństwa działania sprawcy – zauważa.

Czytaj więcej

Pierwszy w Polsce wyrok o znęcanie się nad zwięrzętami w cyrku