Minister obrony, Vladimir Padrino poinformował, że policja i wojsko odzyskały skradzioną broń i zatrzymały część podejrzanych. Odpowiedzialnością za atak Padrino obarczył "ekstremistyczne skrzydło opozycji" - nie wskazał jednak żadnych konkretnych osób.
Wenezuela od kilku lat pogrążona jest w poważnym kryzysie gospodarczym, a od 2019 roku w kraju panuje de facto dwuwładza, po tym jak przewodniczący Zgromadzenia Narodowego (parlamentu), Juan Guaido, ogłosił się tymczasowym prezydentem kraju (za prezydenta uznaje go ok. 50 państw świata - w tym USA i wiele krajów UE, m.in. Polska).
Guaido uważa, że Maduro nie ma legitymacji do sprawowania władzy, ponieważ wybory prezydenckie z 2018 roku nie były wolne i demokratyczne.
Z kolei Maduro twierdzi, że Guaido jest marionetką USA i oskarża rywala o próbę zorganizowania zamachu stanu.
Minister ds. informacji Wenezueli, Jorge Rodriguez poinformował, że po ataku na obiekt wojskowy na południu Wenezueli aresztowano sześć osób. Napastnicy - jak twierdzi - mieli być wyszkoleni w "obozach paramilitarnych w Kolumbii". Rodriguez oskarża też prezydenta Brazylii, Jaira Bolsonaro, o udzielenie im pomocy.
Natomiast szef MSZ Wenezueli, Jorge Arreaza twierdzi, że napastnicy to "najemnicy", którzy mieli przybyć z Peru. Według Arreazy atak na obiekt wojskowy to element "strategii krajów regionu, której celem jest zdestabilizowanie kraju".
Szef MSZ Peru, Gustavo Meza-Cuadra odrzucił oskarżenia Arreazy podkreślając, że Peru opowiada się za "pokojowym rozwiązaniem" kryzysu w Wenezueli.
Zarówno Peru, jak i Kolumbia i Brazylia uznają Guaido za prezydenta Wenezueli.