– Nie idziemy do pracy, pewnie obetną nam zapłatę – powiedział zagranicznym dziennikarzom jeden z pracowników fabryki tekstylnej w największym mieście Mjanmy (inaczej Birmy) – Jangonie (Rangun).

Większość informacji z Birmy pochodzi jednak z sieci społecznościowych. 1 lutego birmańska armia dokonała zamachu stanu i aresztowała cywilne władze, w tym prezydenta Win Myinta oraz premiera, laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla z 1991 roku Aung San Suu Kyi. W sumie zatrzymano podobno ponad 130 polityków i urzędników (w tym 24 ministrów i deputowanych). Do więzienia trafił też jeden cudzoziemiec, Australijczyk Sean Turnell. Ekonomista był doradcą rządu pani Aung San Suu Kyi, nie jest jasne, dlaczego wojskowi go zatrzymali.

Generałowie obrazili się, że ich partia Związek Solidarności dostała tylko 5 proc. głosów w wyborach parlamentarnych w listopadzie ubiegłego roku. Miażdżące zwycięstwo odniosła Narodowa Liga na rzecz Demokracji Aung San Suu Kyi, otrzymując 80 proc. głosów. Jednak zgodnie z konstytucją przyjętą w 2008 roku armia i tak ma zagwarantowaną czwartą część miejsc w parlamencie, a w wyborach decyduje się los pozostałych trzech czwartych. W ten sposób poplecznicy generałów mieliby obecnie 30 proc. miejsc, ale dowódcy armii uznali, że to za mało.

Oskarżyli cywilne władze o sfałszowanie wyników wyborów, aresztowali polityków i wprowadzili na rok stan wyjątkowy. Doprowadziło to do największych od 14 lat ulicznych demonstracji w Birmie.

Jak do tej pory brak jest informacji o ofiarach rozruchów. Wiadomo jedynie, że w miejscowości Myawaddy na granicy z Tajlandią policja postrzeliła jedną kobietę. Oddziały policyjne zazwyczaj ograniczają swe działania do blokowania manifestacji i rozpraszania ich armatkami wodnymi. Wojsko nie uczestniczy w tych akcjach.

Wraz z początkiem masowych manifestacji w sobotę zaczęto rozprowadzać w kraju również wezwanie do strajku generalnego. Zaczął się on w poniedziałek, gdy dziesiątki tysięcy lekarzy, nauczycieli, pracowników bankowych i urzędników państwowych zamiast do pracy wyszły na ulice miast. – Nie chcemy junty. Nigdy jej nie chcieliśmy. Nikt jej nie chce – mówił dziennikarzom jeden z manifestantów w Jangonie. Nie wiadomo jednak, jaki zasięg ma strajk, na pewno przystąpiono do niego w stolicy Naypyidaw i w dwóch największych miastach kraju Jangonie i w Mandalaj.

– Jeśli nie ma dyscypliny, demokracja może zostać zniszczona – przestrzegło jednak birmańskie ministerstwo informacji. By utrzymać swój porządek, armia zablokowała w kraju najpierw Facebook, a potem również Instagram, Twitter oraz komunikator WhatsApp. Wszystkie one są bardzo popularne w Mjanmie, gdzie odległości są duże, a sieć komunikacyjna niezbyt rozwinięta. Na rozkaz generałów cały ruch w krajowym internecie został spowolniony. Mimo to protesty wydają się być organizowane właśnie poprzez sieci społecznościowe. W każdym razie policja nie jest w stanie wskazać organizatorów manifestacji i ich złapać.