To książka o kraju, w którym prowizorka, kombinowanie i nieufność wobec instytucji bywają nie tylko wadą, lecz czasem także źródłem przewagi. Skąd wziął się pomysł na taką tezę?
– To był przykład Niemiec – mówi „Rz” Bartłomiej Sienkiewicz. – Czytałem gdzieś materiał, że Niemcy się sypią, nie mają ambicji, by coś zmienić. W rozmowach, jakie prowadziliśmy, szybko wyszło, że to przeciwieństwo ustawień fabrycznych Polaków – naszej aspiracji do nowoczesności, naszej niecierpliwości, że za mało i za wolno. A potem przyszła refleksja, że jak dużo potrafiliśmy zrobić bez państwa, taką polską „perfekcyjną partyzantką” – tłumaczy.
– Zastanowiło nas, co się wydarzyło, że Niemcy są państwem tak zacofanym cyfrowo, a my, Polacy, jesteśmy tu tak bardzo do przodu – dodaje Hanna Gill-Piątek. – Prześledziliśmy, jak we współczesnej Polsce dokonywał się postęp: najpierw w dostępie do prądu czy telefonu, potem Internetu i w końcu usług cyfrowych takich jak BLIK czy w tworzeniu społeczności typu Stop Cham albo Yanosik. To się zaczęło układać w historię, w której jako Polacy robimy sobie sami nowoczesność, a potem o tym szybko zapominamy. A państwo nie umie z tej energii skorzystać – dodaje.
Zamiast rusztowania wspierającego aktywność i pomysłowość Polaków, wyszła nam izba biurokratycznych tortur
Autorzy zaczynają od zjawisk, które wielu pamięta z własnego życia. Polska telefonizacja długo kulała, infrastruktura nie nadążała za potrzebami, a potem pojawiły się telefony komórkowe i problem został właściwie przeskoczony. Podobnie było z internetem. Zanim państwo zdążyło zbudować wielkie sieci, młodzi ludzie rozciągali kable między blokami, często w okolicach osiedlowych trzepaków. Trzepak – symbol dzieciństwa kilku pokoleń – staje się nagle kuźnią polskiej cyfryzacji.
Bartłomiej Sienkiewicz i Hanna Gill-Piątek: Państwo nie zdążyło, ludzie zrobili sami
Sienkiewicz i Gill-Piątek widzą w tym szerszą prawidłowość. Polacy długo funkcjonowali w świecie niedoboru, niepewnych instytucji i konieczności radzenia sobie na własną rękę. Nauczyli się obchodzić przeszkody, szukać zamienników i korzystać z tego, co akurat było dostępne.
W spokojnych warunkach taka kultura może prowadzić do chaosu. W czasach gwałtownej zmiany technologicznej bywa jednak atutem. Co ciekawe, oboje autorzy są politykami, ale książka nie jest typowym „politycznym bełkotem”. Wszystkie tezy są udowadniane wręcz z naukową precyzją. Politykom natomiast dostaje się po uszach.
– Problemem jest pewien typ polskiej polityki, dominujący – mówi Bartłomiej Sienkiewicz. – Mając taki zasób w postaci obywateli, którzy gotowi są na postęp technologiczny, państwo kształtowane przez tę politykę, robi wszystko, by się nie dostroić do tej emocji, bo wszystko chce zrobić samo, centralnie. To jak karbowy pilnujący, żeby mu się chłopstwo nie zbuntowało – wyjaśnia.
Czytaj więcej
- Tekturowość państwa nie bierze się wyłącznie z chaosu, jaki wprowadził PiS. Ona ma znacznie dłuższe korzenie i nie polega prostym rozróżnieniom p...
– Inna rzecz – i o tym też piszemy – że tę legendarną polską administrację przecież stworzyliśmy sobie sami – dodaje Hanna Gill-Piątek. – Po 1989 roku budowaliśmy państwo od nowa, a jednak zamiast rusztowania wspierającego aktywność i pomysłowość Polaków, wyszła nam z tego izba biurokratycznych tortur. Pokazujemy na wielu przykładach, jak instytucje mające styk z obywatelem dosłownie miażdżą i hamują aktywność społeczną, która w naszej opinii jest najważniejszym silnikiem rozwojowym naszego kraju. Zdarza się, że państwo rezygnuje z roli karbowego. Wtedy jest zdumiewająco skuteczne we wzmacnianiu naszych oddolnych impulsów. Te przypadki staraliśmy się w książce pokazać.
W książce pojawia się więc coś, co autorzy nazywają polską „perfekcyjną partyzantką”. Nie zawsze mamy najlepsze procedury i instytucje, ale potrafimy szybko przejąć cudze rozwiązania, przerobić je i wykorzystać po swojemu.
Lekcja z Ukrainy w książce Bartłomieja Sienkiewicza i Hanny Gill-Piątek
Najbardziej wyrazistym przykładem jest pomoc dla Ukrainy po rosyjskiej inwazji. Miliony ludzi przekraczały granicę, a państwowy system nie był przygotowany na taką skalę kryzysu. Mimo to błyskawicznie powstała ogromna sieć oddolnej pomocy: transport, noclegi, zbiórki, magazyny i punkty informacyjne.
Autorzy widzą w tym dowód, że polska samoorganizacja nie jest tylko romantycznym mitem. W sytuacji kryzysowej potrafi działać szybciej niż formalne struktury.
Tu pojawia się najważniejszy wniosek książki. Państwo nie powinno próbować organizować wszystkiego samo. Jego rolą jest raczej stworzenie reguł, infrastruktury i warunków, w których energia obywateli i firm może się rozwijać.
Czytaj więcej
Sprzeczne przepisy regulujące to samo są dowodem na brak współpracy poszczególnych części państwa.
Ta sama cecha ma jednak ciemną stronę. Nieufność wobec instytucji może prowadzić do omijania prawa. Prowizorka może zamienić się w bylejakość. Kombinowanie, które w kryzysie ratuje sytuację, w codziennym funkcjonowaniu państwa potrafi generować chaos i koszty.
„Naród do zadań specjalnych” nie jest więc prostą pochwałą polskiego charakteru. To raczej próba pokazania, że część naszych historycznych słabości w nowych warunkach może stać się przewagą – pod warunkiem, że państwo jej nie zmarnuje.
Najciekawsze jest to, że Sienkiewicz i Gill-Piątek nie piszą właściwie książki o polityce, choć oboje są z polityką związani. Piszą o możliwościach. O kraju, który często źle działa według instrukcji, ale zadziwiająco dobrze radzi sobie wtedy, gdy instrukcji nie ma. I być może właśnie dlatego tytułowy „naród do zadań specjalnych” najlepiej czuje się wtedy, kiedy ktoś mówi, że czegoś zrobić się nie da.