W kanadyjskiej prowincji Alberta ponownie wybuchła debata o możliwym odłączeniu się od Kanady. Organizacja wspierająca separatystów poinformowała, że zebrała niemal 302 tysiące podpisów pod wnioskiem o referendum niepodległościowe – znacznie więcej niż wymagane minimum wynoszące 178 tysięcy.

Jeśli podpisy zostaną zweryfikowane, mieszkańcy prowincji mogliby już jesienią zagłosować w sprawie opuszczenia Kanady. Premier Alberty Danielle Smith zapowiedziała wcześniej, że dopuści do referendum, jeśli inicjatywa spełni wymogi formalne. Jednocześnie podkreśla, że osobiście nie popiera secesji.

Separatyści mówią o „historycznym momencie”

Lider ruchu Stay Free Alberta Mitch Sylvestre pojawił się przed biurem wyborczym w Edmonton w asyście kolumny ciężarówek, dostarczając podpisy zebrane w całej prowincji. Zwolennicy inicjatywy określili ten moment jako historyczny krok w stronę większej niezależności Alberty.

Czytaj więcej

Kanada: Zwolennicy oderwania Alberty od kraju tworzą partię

Podczas wydarzenia zgromadziły się setki sympatyków separatystów z flagami prowincji i hasłami podkreślającymi odrębność Alberty od reszty kraju.

Eksperci studzą jednak emocje. Politolodzy oceniają, że poparcie dla pełnej niepodległości nadal pozostaje stosunkowo niskie i obecnie nie przekracza około 30 proc.. Nawet ewentualne zwycięstwo w referendum nie oznaczałoby automatycznego oderwania prowincji od Kanady – konieczne byłyby długie negocjacje z rządem federalnym oraz rozstrzygnięcia sądowe.

Protest Pierwszych Narodów

Petycja może jednak napotkać kolejną przeszkodę, ponieważ sędzia z Edmonton w Albercie ma wydać orzeczenie w sprawie skargi złożonej przez grupę Pierwszych Narodów Alberty, która twierdzi że odłączenie Alberty naruszałoby prawa traktatowe.

Premier Smith oskarżyła poprzednie federalne rządy liberałów o wprowadzenie przepisów, które ograniczają możliwości Alberty w zakresie produkcji i eksportu ropy naftowej, co jej zdaniem kosztowało prowincję miliardy dolarów. Powiedziała również, że nie chce, aby rząd federalny wtrącał się w sprawy prowincji.

Daniel  Béland,  profesor nauk politycznych na Uniwersytecie McGill, uważa, że referendum prawdopodobnie zakończy się porażką.

–  Obecnie poparcie dla niepodległości w Albercie jest raczej niskie. Poniżej 30 proc., a znacznie niższe, jeśli skupimy się tylko na zagorzałych zwolennikach. A szanse na zwycięstwo obozu zwolenników niepodległości wydają się na tym etapie niewielkie – powiedział.

Czytaj więcej

Kanadyjski bojkot amerykańskich alkoholi mocnych zadał wyjątkowo bolesny cios USA

Wsparcie z otoczenia Donalda Trumpa

W trakcie wojny handlowej i gróźb Donalda Trumpa, że ​​Kanada stanie się 51. stanem Stanów Zjednoczonych osoby z bliskiego otoczenia prezydenta wspierały mniejszościowy ruch separatystyczny w prowincji Alberta. Jak podawały źródła „Financial Times”, w Waszyngtonie odbyły się trzy spotkania amerykańskich urzędników z liderami Alberta Prosperity Project, skrajnie prawicowej grupy separatystów, która stawia sobie za cel, aby Alberta, bogata w ropę naftową zachodnia prowincja, uzyskała niepodległość.

Kilka osób z otoczenia Trumpa wypowiedziało się w mediach na temat Alberty. Najbardziej kontrowersyjny komentarz pochodził od Sekretarza Skarbu Scotta Bessenta, który w programie telewizyjnym określił prowincję jako „naturalnego partnera” Stanów Zjednoczonych, podkreślając jej „ogromne zasoby”.

W środowisku medialnym Trumpa, komentator polityczny Brandon Weichert w podcaście Steve’a Bannona „War Room” określił Albertę jako „kluczowy element” planów prezydenta dotyczących półkuli zachodniej, twierdząc, że kiedy Trump mówi o aneksji Kanady, tak naprawdę ma na myśli Albertę. Do tych głosów dołączyły osoby z ruchu MAGA, które wspierają albertańskich separatystów w mediach społecznościowych, przedstawiając ich jako ofiary kanadyjskiego ucisku.