Deklaracja Jarosława Kaczyńskiego – już teraz porównywana do podobnych gestów lidera PiS pod adresem lewicowego elektoratu z kampanii w 2010 roku – padła w odpowiedzi na pytanie dziennikarza Radia Olsztyn. – Od czasu istnienia PZPR minęło 30 lat. Te sprawy należą do historii, bardzo niedobrej historii, ale już jednak historii. Dla nas ważne jest to, by w samorządzie następowały zmiany i żeby polityka samorządowa stawała się bardziej polityką pro publico bono. Jeżeli to są warunki do przyjęcia dla SLD, to wszystko jest możliwe – stwierdził Kaczyński. I jak dodał, PiS nie idzie do wyborów dla samej władzy, tylko po to, by dobra zmiana była kontynuowana.

Politycy SLD podchodzą do deklaracji Kaczyńskiego jednoznacznie. „To że Prezes Kaczyński raczył zauważyć, że od końca PRL minęło już prawie 30 lat i że PZPR też już od tylu nie istnieje,nie spowoduje że SLD nagle zapragnie współpracy z PiS. Proszę sobie Panie Prezesie nie robić nadziei. Za dużo napsuliście dokonań lewicy – łamiecie konstytucję" – napisał na Twitterze Włodzimierz Czarzasty, lider Sojuszu.

Czytaj także: Wybory 2018 - system się domyka, bez Kaczyńskiego się domknie

Nieoficjalnie politycy SLD mówią nam, że być może w wewnętrznych notowaniach PiS wyniki Sojuszu okazały się na tyle dobre, że Kaczyński uznał Sojusz za zagrożenie na ostatnim etapie kampanii. – Liderowi PiS zależy na maksymalnej polaryzacji sceny. Tak interpretuje próbę zniechęcenia do nas twardego elektoratu anty-PiS poprzez sugerowanie, że współpraca jest możliwa – mówi nam polityk SLD. Nasi rozmówcy zwracają jednocześnie uwagę, że tzw. mundurowy SLD jest w tych wyborach mocno zmobilizowany po działaniach PiS w ostatnich latach.

W kampanii SLD stawia na samorządowe postulaty społeczne, intensywną działalność w terenie oraz rozpoznawalność obecnie urzędujących prezydentów, jak Krzysztofa Matyjaszczyka w Częstochowie. Ten ostatni jest faworytem do wygranej na kolejną kadencję, podobnie jak Tadeusz Ferenc w Rzeszowie. W kampanii Jarosław Kaczyński nazwał zresztą prezydenta Częstochowy zaciekłym komunistą. Sojusz liczy nie tylko na prezydentów, ale też na wprowadzenie wystarczającej liczby radnych do sejmików, by stać się niezbędnym komponentem koalicji, zwłaszcza w województwach zachodnich i północno-zachodnich.

W starcie o samorząd po stronie SLD zaangażował się też Aleksander Kwaśniewski. W trakcie niedzielnej konwencji Kwaśniewski nie tylko podkreślał, że trzeba bronić samorządu przed centralizmem PiS, ale też stwierdził, że wybory samorządowe będą oznaczać rozpoczęcie drogi do powrotu lewicy do parlamentu.

Poza SLD w tych wyborach swoje listy do sejmików wystawiły dwa ugrupowania lewicowe: Partia Razem oraz Partia Zieloni. Niektórych kandydatów w tych wyborach popiera też Robert Biedroń, chociaż prezydent Słupska swój projekt polityczny szykuje dopiero na luty przyszłego roku. Sondaże nie dają obecnym ugrupowaniem lewicowym poza SLD większych szans na wprowadzenie radnych na poziomie województw. Lider Sojuszu już teraz sugeruje, że jego pierwszym krokiem po wyborach będzie próba stworzenia wspólnej listy lewicy do Parlamentu Europejskiego. – Biedroń najpierw musi przedstawić program. Została Partia Razem i Zieloni. Będziemy rozmawiać ze sobą. Mamy przed sobą wybory do europarlamentu i będzie to pierwsza okazja do tego, żeby się dogadać – powiedział w czwartek Czarzasty na antenie TOK FM.