„Powinniśmy zachować wstrzemięźliwość, dlatego że wpływu na przebieg tych wojen nie mamy żadnego, a napięcie jest ogromne” – mówił 7 kwietnia w Radio Zet wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak. I nie byłoby w tym dość oczywistym stwierdzeniu nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nastąpiło po całkowicie niewstrzemięźliwej awanturze, która w Wielkanoc wybuchła między ośrodkiem prezydenckim a rządowym.
Dlaczego Donald Tusk zarzucił PiS-owi i obozowi prezydenta, że chcą wplątać Polskę w wojnę z Iranem?
Zaczęło się od wypowiedzi prezydenckiego ministra Marcina Przydacza, który w programie Piotra Witwickiego i Marcina Fijołka przekonywał, że jeśli Europa zlekceważy prośbę USA o to, by pomogła odblokować Cieśninę Ormuz, to gdy Unia Europejska będzie potrzebowała pomocy – na przykład w sytuacji konfliktu z Rosją – Amerykanie zlekceważą nasz kontynent.
Premier Donald Tusk zaćwierkał więc na X, że przydałby się kubeł zimnej wody na głowy polityków PiS i Kancelarii Prezydenta, ponieważ „chcą wplątać Polskę w wojnę na Bliskim Wschodzie”. „Nie pozwolę na to” – zaperzył się szef rządu, wyraźnie nadinterpretując słowa Przydacza.
W odpowiedzi prawica wytoczyła najcięższe działa: zarzuciła Tuskowi, że wylewa na Polskę potok „kłamstw i manipulacji” i zaczęła oskarżać rząd, że próbuje (oczywiście na życzenie Niemiec) wypychać USA z Europy i NATO, co ma zagrażać polskiemu bezpieczeństwu.
Zamiast świątecznego nastroju dostaliśmy więc potężną dawkę polaryzacyjnej awantury. Ale czego dotyczył ten spór? Przecież ani Przydacz nie wezwał do dołączenia się Polski do wojny z Iranem, ani też Tusk nie chce zrywać sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Sednem tej awantury była władza. Władza, bo chodziło o to, kto będzie miał monopol na budowanie narracji na temat miejsca Polski w świecie. Donald Tusk z otoczeniem prezydenta spierali się więc o to, kto ma prawo opowiadania Polakom o naszych interesach i bezpieczeństwie. I w konsekwencji o samo definiowanie tych interesów.
Czytaj więcej
Mimo apokaliptycznych zapowiedzi Donalda Trumpa o zniszczeniu „całej cywilizacji” w Iranie, Amerykanie nie mogą wygrać tej wojny, bo nie da się osi...
Czym się różni wizja miejsca Polski w świecie według Donalda Tuska i obozu PiS oraz Karola Nawrockiego?
W myśleniu prawicy zaszyta jest głęboka nieufność do zachodniej Europy, której zresztą nie ufa sam Donald Trump. Amerykańska krytyka zawarta jest nawet w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA, przyjętej pod koniec zeszłego roku. To sprawia, że prawica widzi w Trumpie gwaranta ładu międzynarodowego – mimo jego nieprzewidywalności. Więc jeśli Trump domaga się od Europy, by dokończyła wojnę, którą on zaczął, to powinna ona to zrobić. A jeśli Ormuz nie zostanie odblokowany, będzie to wina Europy, a nie Trumpa, choć to on wraz z Izraelem rozpętał ten konflikt.
Donald Tusk z otoczeniem prezydenta spierali się o to, kto ma prawo opowiadania Polakom o naszych interesach i bezpieczeństwie. I w konsekwencji o samo definiowanie tych interesów.
Z kolei obóz rządzący (i jego wyborcy) są nieufni wobec Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, którego uważają za zagrożenie dla stabilności naszej części świata. Dlatego też możliwość sklejenia PiS-u i Karola Nawrockiego z Trumpem (co nie jest szczególnie trudne) jest dla Koalicji Obywatelskiej opłacalna. Straszenie, że prawica chce nas wplątać w bezsensowną wojnę z Iranem, jest więc tylko tego konsekwencją. I o to chodzi w wielkanocnej awanturze w mediach społecznościowych.