Donald Trump ma prawo do coraz głębszej frustracji i niewiele w tej kwestii przynajmniej w najbliższym czasie się zmieni. Bo – prócz błyskotliwej akcji Delta Force w Caracas – aktywność w polityce międzynarodowej amerykańskiego prezydenta przynosi same rozczarowania. Pokoju w Ukrainie, mimo wielokrotnie składanych deklaracji, nie osiągnął. Co więcej, można mieć wrażenie, że o temacie zapomniał. Choć wybiórczo – bo intensywnie wspiera w węgierskich wyborach Viktora Orbána, najważniejszego sojusznika Władimira Putina na Starym Kontynencie. „Przesunął w ten sposób Waszyngton bliżej Moskwy” – komentują krytycy Trumpa zarówno z Partii Demokratycznej, jak i macierzystej Partii Republikańskiej. Temat zszedł zresztą na trzeci plan, bo na pierwszym jest nowy konflikt – przedziwna i coraz bardziej obciążająca Trumpa operacja wojskowa w Iranie.

Czytaj więcej

Donald Trump nie podpisał porozumienia z Iranem. Wyznaczył ostateczny termin

Dlaczego operacja wojskowa USA w Iranie jest skazana na porażkę? 

Operacja jest przedziwna, bo coraz jaśniej widać, że to wojna przegrana. By wygrać wojnę, prócz przewagi militarnej, potrzebna jest przede wszystkim strategia, czyli jasne określenie celu i środków, które prowadzą do jego osiągnięcia.

Znając Donalda Trumpa, będzie chciał sobie tę gorycz porażki zrekompensować. Jak? Aż strach pomyśleć

W przypadku wojny w Iranie Amerykanie znaleźli się w matni. W przeciwieństwie do Benjamina Netanjahu, któremu zależy na strategicznym osłabieniu lokalnego konkurenta, Amerykanie nie mają pojęcia, o co toczy się ta wojna. Gdyby chodziło o zniszczenie potencjału nuklearnego i zdolności do działań ofensywnych Iranu (drony i rakiety), to trudno przewidzieć, kiedy Trump mógłby ogłosić, że cel został zrealizowany. Wczoraj, dziś, za rok czy dwa – zawsze można publicznie dowodzić, że miliardy amerykańskich dolarów są przepalane na osłabianie irańskiego zagrożenia, które – jak w kwestii broni biologicznej Iraku – od dawna może być legendą. Choć nie musi.

Czytaj więcej

USA o krok od zbrodni wojennej. Trump grozi atakami na infrastrukturę cywilną

Frustracja Donalda Trumpa będzie się pogłębiać

W sprawie obalenia reżimu ajatollahów Waszyngton już wie, że nawet najcięższe bombardowania do tego nie doprowadzą. Wojna tylko wzmocniła władzę Korpusu Strażników Rewolucji, o czym pisałem przy okazji cieśniny Ormuz. A to wróg tysiąc razy mocniejszy od jednostek strzegących Nicolasa Maduro. Dziś atakowany z powietrza Iran jest na wyłącznej łasce tych radykałów, a bombardowania tylko pogarszają sytuację ludności cywilnej. Na operację lądową nikt się nie zdecyduje. Wypada się zresztą tylko dziwić naiwnej wierze amerykańskich wojskowych, że bombardowania pozwolą osiągnąć sukces w tym zakresie. Nie udało się to ani w przypadku wojny z Hamasem w Gazie, ani w konflikcie z szyickim Hezbollahem, ani w przypadku jemeńskich Huti. Dlaczego miałoby więc udać się w Iranie? Nikt nie wie.

Frustracja Trumpa musi więc się pogłębiać. Zawodzi wojsko, zawodzą sojusznicy z NATO. Zawiódł nawet pierwszy amerykański papież Leon XIV, który nie przyjął zaproszenia Trumpa na obchody 250. rocznicy uzyskania niepodległości USA 4 lipca i spędzi ten dzień na Lampedusie, włoskiej wyspie znanej z przepraw migrantów. Nagrody Nobla też pewnie nie będzie. Znając Donalda Trumpa, będzie chciał sobie tę gorycz porażki zrekompensować. Jak? Aż strach pomyśleć.