Bo jakkolwiek by ich obrócić, od której strony popatrzeć, ilu jeszcze gwiazdorów „Gry o tron" czy „Czasu honoru" zatrudnić, choćby nawet nakręcić jeszcze trzeci, „najprawdziwszy" film, to żaden z nich nie ma szans, żeby powtórzyć sukces „Ciemnoniebieskiego świata": nie wywietrzeć z (nie tylko środkowoeuropejskich) głów przez kilkanaście lat. I nie ma tu żadnego znaczenia, kto zestrzelił więcej niemieckich samolotów ani który naród zapłacił wyższą cenę za pomoc angielskim niewdzięcznikom w pokonaniu wroga. Czechosłowacy będą pamiętani lepiej i dłużej, bo, w przeciwieństwie do nas, potrafią żartować. Przede wszystkim dlatego, że nie do końca poważny stosunek do samych siebie i wojny, w której brali udział, sprawia, że ich opowieść jest bardziej zrozumiała dla narodów ich byłych sojuszników. „Nie traktujecie siebie do końca serio? To świetnie się składa, bo my was też" – odpowiada im zachodnia pamięć.

Ale czeskie żarty nie są towarem eksportowym, maską nałożoną z okazji spotkania z przybyszami z zagranicy, tylko sposobem istnienia. Rubasznym u Haška, melancholijnym i tragicznym u Kundery czy niepokojącym jak w filmach Formana. W zdrowiu i chorobie, w radości i smutku trwają z konsekwentnie przymrużonym okiem. I widzą przez nie wyraźniej, niż gdyby wybałuszali oczy na życie i historię. To w żartach nasi południowi sąsiedzi zgromadzili mądrość małego narodu. Wiedzę, która pozwala im nie tyle bezpieczniej przetrwać (o co przecież mamy do nich największe pretensje), ile lepiej rozumieć. Ponieważ pogodzili się z tym, że od ich decyzji nie zależy los świata, łatwiej im pojąć, że w historii jest więcej bezładu i przypadku niż cynicznych planów i chłodnych kalkulacji. Nie pokazują światu swoich ran, bo zdają sobie sprawę, że nawet gdyby zdołali go wzruszyć, i tak w niczym nie zmieniłoby to ich losu. Czasami ironia jest najlepszą historiozofią. Tak długo, jak śmiejemy się z historii, można mieć nadzieję, że to nie ona będzie się z nas śmiała ostatnia.

Patos w swojej gadatliwości zasłania istotę rzeczy. Twierdzi, że jest w stanie wszystko wyjaśnić, każdego przekonać, a w ostateczności zaszantażować moralną wyższością swojej racji. Żart trwa krócej i nie ma o nic pretensji, a jednak jakoś dziwnie bywa dużo prawdziwszy od godzinnych kazań i wykładów. Jak rdza przegryza każdą ideologię, dlatego wszystkie one walczą z nim o wiele bardziej zażarcie niż ze sobą nawzajem. I, co najważniejsze, zabierając mniej czasu, zostawia więcej miejsca na życie. Nie ma zbyt wiele równie rozerotyzowanych kinematografii jak czeska. A jednocześnie filmy te prawie nigdy nie mają tej duszno-krępującej atmosfery, którą seksualność zazwyczaj ofiarowuje kinu. Żart przywraca rzeczom ich właściwą miarę. Dlatego też czechosłowaccy lotnicy nie musieli w „Ciemnoniebieskim świecie" zatykać flag na szczytach angielskiej oziębłości, tylko zwyczajnie mogli się wdawać w romanse z Brytyjkami.

Łucja, bohaterka „Żartu" Milana Kundery, zostaje pewnego dnia przyłapana na wykradaniu kwiatów z cmentarza. Do tego momentu robiła to co noc, przez co jej pokój był zawsze wypełniony zapachem świeżych kwiatów, na które inaczej nie byłoby jej stać. Zrobiła to, w czym Czesi są najlepsi: okradła śmierć z radości życia.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95