Rok 2019 jest w Polsce rokiem dwóch skumulowanych kampanii wyborczych, a potem decyzji obywateli. Nawet sama ta kumulacja jest symboliczna – zważywszy na to, że wybory do polskiego parlamentu mają się odbywać w cieniu wyborów europejskich, co narzuca tematykę i skojarzenia.
Stawka jest fundamentalna. Kto będzie rządził Polską przez następne cztery lata? Doprowadzona do skrajności polaryzacja wszystkiego, swoista kulturowa wojna światów, obciąża ten wybór dodatkowymi emocjami. Niezależnie od tego, jaki on będzie, jakaś spora grupa wyborców uzna się za zbiorową ofiarę przemocy. Będzie wieściła, że kończy się normalność.
Redakcja „Plusa Minusa" poprosiła mnie o wskazanie pięciu prawd o polityce, które warto znać, żeby ten najbliższy rok lepiej zrozumieć. Początkowo przychodziły mi do głowy proste uwagi na temat mechanizmów politycznych w ogóle. Ostatecznie postanowiłem zawrzeć w tych pięciu punktach jakiś rodzaj syntezy momentu dziejowego – odkryć ducha polityki polskiej na tle europejskiej i światowej.
1. Nie wierzcie tym, którzy mówią: zmiana to tylko widzimisię kilku populistów...
Niedawno „Gazeta Wyborcza" przeprowadziła wywiad z Fransem Timmermansem, wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej odpowiedzialnym za boje z polskim rządem o tzw. praworządność. Rozmowa typowa dla czasów dziennikarstwa tożsamościowego, pełna wzajemnego pokrzepiania się i wspólnego przekonywania reszty świata do niedostatecznie pojmowanych racji.
Niemniej holenderski polityk, trochę z własnej inicjatywy, a trochę jednak pytany przez dziennikarzy (w tym naczelnego „GW" Adama Michnika), rzuca uwagi na temat błędów świata, który reprezentuje. Dominują narzekania na złych populistów „korzystających z sytuacji", ale pojawia się rzucona półgębkiem teza, że Unia Europejska nie jest strukturą nieomylną ani bezgrzeszną.
Co jednak zabawne, nie podaje przykładów owych błędów samej Unii. W zamian Timmermans narzeka ogólnikowo na logikę przemian społeczno-gospodarczych, które osłabiły siłę tradycyjnego przemysłu i alienowały przy okazji ludzi pracy. Ponieważ polityk nie opisuje chorób Unii: biurokratycznego skostnienia, a zarazem bezradności wobec takich kataklizmów, jak inwazja imigrantów, używania Unii jako narzędzia najsilniejszych państw, a także przejawiania nadaktywności w sferze ideologii czy jałowych regulacji, jest też zwolniony z proponowania leków. Ale na wzmiankowane plagi „późnego kapitalizmu" też nie oferuje nic. Pustka tej rozmowy powinna zaniepokoić największego nawet euroentuzjastę.
Poczucie schyłku może dotyczyć nie tylko Unii. Mało już kto pamięta, że prezydent Francji Emmanuel Macron sam był produktem populizmu, jednak tego miękkiego, do zaakceptowania przez finansowy i intelektualny establishment. Wymiótłszy znaczną część elit politycznych V Republiki przejął jej szkielet, próbując uczynić herbatę słodszą od samego mieszania – głównie reformami politycznymi. Dziś stoi wobec gigantycznej fali braku zaufania. Czy to już kryzys porównywalny z tym z początku lat 30. XX wieku? Ale przecież kataklizmu ekonomicznego nie ma. A jednak jest wściekłość, rozgoryczenie, poczucie niesprawiedliwości, przede wszystkim socjalnej, związanej ze statusem całkiem sporych grup ludzi. Czy pojawiają się one wraz z poczuciem, że dochodzimy jako kontynent, a może cywilizacja, do jakiejś krawędzi?
Naturalnie jest to wciąż „rewolucja" niekompletna, odłożona w czasie. Na dokładkę radykalniejsi uzdrowiciele z zachodniej Europy mają niewiele konkretnych pomysłów i nie najlepszą reputację, a czasem i podejrzane koneksje (zwłaszcza w rosyjskim kierunku).
Na tym tle wariant węgierski wydaje się bardziej spójny, a już polski – z partią Jarosława Kaczyńskiego w centrum – buzuje konkretem. I próbuje nawet w wielu kwestiach iść środkiem drogi. Wynika to z jego specyficznego podglebia. On wyrósł z poczucia niesprawiedliwej transformacji po komunizmie, stąd obrona polskiej suwerenności czy spór o tradycyjne wartości mają tu szczególny wyraz. My często patrzymy na pisowskie wzmożenie przez pryzmat jego codziennych wad. Wydaje się być ciągnięciem potępieńczych sporów i podtrzymywaniem ambicji polskich polityków czynnych na scenie od czasów Solidarności. A przecież politykom PiS udało się dotknąć wielu czułych strun duszy Polaków za – jak na razie – stosunkowo niewielką cenę.
Kolejne wybory do europarlamentu wcale nie muszą jeszcze wywrócić żadnego stolika. Elity dzisiejsze trzymają się mocno, nie są do łatwego zastąpienia, a alternatywy to ledwie mgławica, nawet w tych sferach, gdzie może najłatwiej byłoby coś zmienić. Zarazem stopień odrealnienia rozmaitych centrów decyzyjnych wciąż kojarzy się z sytuacją przedrewolucyjną. Co kilka miesięcy Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, przyjeżdża do Polski i dla czysto partykularnej rozgrywki z Kaczyńskim ogłasza, że Unia załatwiła problem otwartych granic Europy. Owszem, wyrzeczono się najbardziej absurdalnych pomysłów z przymusową relokacją na czele. Owszem, fala przybyszów nieco opadła. Ale nie załatwiono realnie niczego. Europa jest dziś bezbronna.
2. Nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że mamy do czynienia z jedną rewolucją
Nie wiem, czy to w ogóle rewolucja. Wierzą w to jednak niektórzy rzecznicy zmiany i niektórzy jej zaciekli wrogowie. Piszę ten tekst, trzymając obok siebie na biurku przetłumaczoną na polski książkę „Tak umierają demokracje" Stevena Levitsky'ego i Daniela Ziblatta. To w teorii politologiczne dziełko stało się niedawno przedmiotem poważnej debaty z udziałem takich intelektualnych tuzów, jak Aleksander Smolar czy Marcin Król. Tymczasem mamy do czynienia z topornym manifestem. Przedstawia on zainstalowanie w Białym Domu Donalda Trumpa jako kataklizm spychający USA w kierunku autorytaryzmu.
Argumenty są, delikatnie mówiąc, takie sobie. Pokazanie, że Trump posługiwał się czasem populizmem typowym dla ery Twittera (groźba kwestionowania wyników wyborów), to za mało, aby kwalifikować tego, skądinąd antypatycznego i chaotycznego, polityka jako przyszłego dyktatora. Zwłaszcza że ledwie wzmiankami przywoływana jest historia USA, w której znacznie poważniejsze polityczne starcia bywały powodem podobnych oskarżeń. Franklin Delano Roosevelt, który połamał wiele dogmatów tradycyjnej amerykańskiej polityki, bywał zestawiany z Mussolinim, Hitlerem i Stalinem.
Tak jak Roosevelt wyciągnął w latach 30. wnioski z kryzysu tradycyjnego kapitalizmu, tak Trump naruszył niektóre punkty waszyngtońskiego konsensusu, podważając aksjomaty globalizmu. To jednak za mało, aby opisywać jego aktywność jednym histerycznym wrzaskiem. Co ciekawe, autorzy dziełka o „śmierci demokracji" są przekonani, że Trump to część tego samego zjawiska, co Viktor Orbán czy Jarosław Kaczyński. Ba, tego samego, co naprawdę zdradzający autorytarne ciągoty lider państwa tureckiego Recep Erdogan. Żonglują podobieństwami, głównie w sferze retoryki. Mają rację w jednym: wszyscy ci przywódcy zapowiadają poważną korektę w swoich krajach. Ich przełomy są jednak różne co do wszystkiego: przyczyn, celów, metod, okoliczności...
Roosevelt, oskarżany w samej Ameryce o przekształcenie demokracji w fasadę, bywał doceniany za granicą – także z perspektywy zewnętrznej i w kontekście coraz groźniejszej atmosfery. Oto konserwatywny angielski polityk Winston Churchill pisał w 1934 roku, że wysiłek Roosevelta „na rzecz pełniejszego życia mas" może przyćmić „zarówno złowrogie płomienie niemieckich, nordyckich uroszczeń, jak i zgubne, nienaturalne światła emitowane przez sowiecką Rosję". Można do woli dyskutować, czy węgierski lub polski eksperyment z demokracją nieliberalną (ja bym raczej napisał: mniej liberalną) to bardziej próba ominięcia zagrożeń czy przejaw samego zagrożenia. Jeszcze do tego wrócę. Pamiętajmy jednak, że dopiero oddalenie w czasie pozwala to jasno ocenić.
W każdym razie przestrzegałbym przed łatwą wiarą w swoistą międzynarodówkę czy solidarność populistów – to już bardziej uwaga do tych, którzy w zmianach pokładają nadzieje. Wewnątrz Europy interesy są nazbyt sprzeczne – świeżego i niezłego przykładu dostarcza tu francuska rewolucja „żółtych kamizelek". Wielu polskich prawicowców gotowych było jej kibicować – z nienawiści do „lalusiowatego" Macrona i jego zarozumiałych popleczników, uosabiających „system". Często do momentu, kiedy docierało do nich, że jednym z postulatów zbuntowanych jest ukrócenie społeczno-ekonomicznych „przywilejów" Polaków, na przykład naszych kierowców.
Tym bardziej złudna jest wiara w dobroczynną opiekę Trumpa, który przecież „musi zauważyć", że u nas, w Polsce, dzieje się to samo. Ani to samo, ani dla amerykańskiego prezydenta, przemawiającego językiem „America First", nie ma to większego znaczenia. Nie tylko z powodu takich epizodów, jak interwencja ambasador Mosbacher na rzecz amerykańskiej firmy. Przede wszystkim z powodu gotowości do instrumentalnego traktowania aspiracji tego czy innego europejskiego narodu. Możliwe, że akurat my, Polacy, jesteśmy na Amerykanów do pewnego stopnia skazani, ale z pewnością nie z powodów ideologicznych. A wiara w jakąś światową zmowę populistów to jeden z najgłupszych przesądów łączących wielu rzeczników dawnego mainstreamu z wieloma zwolennikami „dobrej zmiany".
3. Polska polityka nie jest wojną dobra ze złem
Gwałtowność polskiej polityki widoczna jest gołym okiem. Nagromadzenie wszystkich rekwizytów minionych sporów odwołujących się do emocji plus internetowa stylistyka robią swoje. Jest to zarazem polityka totalnego kalizmu, w której realne różnice programów zostały w bieżących sprawach zastąpione gotowością licytowania się w dowolnym kierunku. Raz rządzący występują w roli pogromców afer, raz opozycja. Raz rządzący bronią ekonomicznej stabilności, raz opozycja. Raz jedni składają różnym grupom społecznym hojne obietnice, raz drudzy itd.
Ta niemal całkowita zamienność ról i argumentów prowadzi do groteski. Przykłady z ostatnich chwil: oto PiS oskarża radnych warszawskiej PO o obniżenie bonifikat na zamianę wieczystego użytkowania na własność. I atakuje ich, że chcą ograbić Polaków. Radni PO się cofają, ale przypominają, że przecież równie niskie bonifikaty stosuje rząd w przypadku gruntów Skarbu Państwa. Rząd i PiS nie umie objaśnić dlaczego. Przemawia do swoich, a oni wybaczą nie takie niekonsekwencje.
Przykład przeciwny: resort Zbigniewa Ziobry proponuje uproszczenie procedur sądowych w procesach cywilnych i karnych. Liberalna opozycja natychmiast bagatelizuje ten krok – z tezą, że problemem nie są przewlekłe procesy, ale nowe złe kadry w sądach. Ale przecież to stare, „dobre" kadry tolerowały gorszącą opieszałość. Co więcej, kiedy obecny rząd brał się do innych zmian w sądownictwie, ta sama opozycja wzywała: zróbcie najpierw procesy mniej dolegliwymi. Ale teraz nie może się przyznać, że kolejna zmiana ma się okazać zmianą na lepsze.
Nie może, bo nie tyle sama opozycja jest „totalna", ile cały model polityki. Ludziom, którzy bezkrytyczne wierzą w każdy argument jednej bądź drugiej strony, wystarczyłoby zalecić uważniejsze wsłuchiwanie się w treść kolejnych debat i obserwowanie rzeczywistości. Ale wyborcy PiS widzieli kolejki do lekarza za czasów PO. Teraz nie dostrzegają ich wcale, nawet gdy są pacjentami. Wyborcy PO gotowi są piętnować każdą opłatę, każdy biurokratyczny absurd, nie pamiętając, że za ich rządu było podobnie.
Na tym tle wyrosło absurdalne pojęcie „symetrystów". To nie są ludzie zachowujący równy dystans do obu stron sporu, ale mający elementarną pamięć i niedający się przejąć bez reszty propagandzie jednego lub drugiego ośrodka, odmawiający postrzeganiu jednej strony w roli aniołów, drugiej – w roli demonicznych potworów itd.
4. A jednak spór o programy i wartości zachował sens
Polityka staje się coraz bardziej skomplikowana. Kiedy ostatnio wybuchła dyskusja wokół opłat za prąd, tylko najbardziej przytomni obserwatorzy tłumaczyli, że to konsekwencja już nawet nie polskiej, lecz światowej polityki klimatycznej. W codziennej wymianie zdań wystarczyło jednak gorączkowe szukanie winnych. Kto winny? Rządzący. A może PO, która rządziła do 2015 roku?
Nie znaczy to jednak, że żaden spór nie ma sensu, a politycy polscy w każdej sprawie reprezentują „to samo". Przy okazji 11 listopada domagałem się na łamach „Plusa Minusa" jasnych deklaracji od polityków liberalnej opozycji: czy zdają sobie sprawę, że ich kampania na rzecz wprowadzenia w Polsce euro nie tylko naraża polską gospodarkę na niedogodności, ale też jest krokiem w kierunku odchodzenia od państwa narodowego. Jeśli chcą tego, powinni się do tego przyznać. W takiej sferze intuicje rządzących i opozycji różnią się od siebie diametralnie, choć po opozycyjnej stronie mamy sporo zasłon dymnych i niejasności.
To samo dotyczy zresztą najszerzej pojmowanej sfery wartości. Historia z zablokowanymi zmianami warszawskich ulic odnowiła nawet na moment dawny „postkomunistyczny podział", z postsolidarnościową PO w roli konserwatora peerelowskich porządków.
Ale niewygodne pytania można też stawiać drugiej stronie. Kiedy pojawia się debata na temat ustrojowych zmian przeforsowanych często zwykłymi ustawami przez PiS, widać zastanawiającą niekonsekwencję. Z jednej strony prawica chętnie rozprawia o rewolucji, wyrzucaniu na śmietnik starego państwa, wymianie elit. A z drugiej strony, pytana o to czy inne rozwiązanie (choćby zwiększenie wpływu polityków na kariery sędziów), próbuje stwarzać wrażenie, że nic się nie stało – to tylko zwykłe rozwiązania znane z wielu państw zachodnich...
Istotnie, niektóre z tych rozwiązań są demonizowane przez opozycję i zagranicę ponad miarę. Ale gołym okiem widać, że próbuje się zbudować nowe reguły gry, gdzie rządzącym będzie łatwiej. Kiedy w Niemczech specjalne komisje parlamentarne wyłaniają kandydatów na sędziów, dzieje się to na drodze konsensusu zgodnego z tradycją RFN. W Polsce PiS, przekonany, że dotychczasowe elity sędziowskie to jego śmiertelny wróg, chciał mieć wyłączny wpływ na sędziowskie kadry i w znacznej mierze to osiągnął.
Takie „korekty" wyrastały ze słusznego nieraz przekonania, że dotychczasowy system, oparty na pewnej autonomii różnych instytucji i środowisk, służy liberałom, a nie prawicy. Odpowiedzią stały się nowe prawa i często zaszły one zbyt daleko. Zbyt daleko, bo w kierunku państwa, gdzie opozycji utrudnia się życie niemal otwarcie i w sformalizowany sposób. Na razie to ledwie kontury nowego systemu. Zaniechano ich uzupełniania przed tymi wyborami, choćby o próbę poprawiania rynku medialnego. Ale co dalej?
5. W Polsce nikt nie zyskiwał władzy na zawsze, ale...
Dotychczasowe dzieje polityczne III RP to opowieści o wielkich nadziejach na trwałe potęgi, które nigdy się nie sprawdzały. Miał być taką potęgą zbudowany przed wyborami 1997 roku AWS. Po czterech latach nie wszedł do Sejmu, zastąpiony przez inną, „lepszą" prawicę. SLD Leszka Millera zwłaszcza w roku 2001 jawił się jako prący do przodu walec. I znów po czterech latach schodził ze sceny w atmosferze dzikich oskarżeń.
Można by tę opowieść dedykować liderom PiS. Niezależnie od tego, jak wiele sensownych rzeczy zrobili, są, zdaje się, przekonani, że nie stracą władzy. A może sądzą, że nie stracą jej wtedy, kiedy będą się tak zachowywać. Pojawiają się nadzieje, których poprzednie ośrodki władzy nie miały: na wyłonienie nowych elit, na trwalsze zmiany warunków gry. Trudno zabraniać politykom takich kalkulacji. Zwłaszcza gdy mają równie bezwzględnych konkurentów, chętnie odwołujących się do międzynarodowego, bardzo aroganckiego establishmentu. Jednak między wpływaniem na świadomość społeczeństwa a pomaganiem sobie łokciami w walce o władzę granica jest bardzo cienka.
Viktorowi Orbánowi udało się trwale zagościć w świadomości Węgrów. Można jednak mieć wątpliwości, czy na Węgrzech mamy do czynienia z państwem i społeczeństwem obywatelskim. Czy rządzący są tam poddani naturalnej w zdrowych demokracjach kontroli: ze strony mediów, opozycji, organizacji społecznych. Tam zaczął się już nawet proces budowy ekonomicznej oligarchii związanej z władzą. W Polsce mieliśmy przejawy takiej oligarchizacji za SLD czy PO, teraz zaś PiS ma kłopot, aby choć zacząć wyłanianie własnych gospodarczych elit. Ale zastępowanie jednej, nigdy niekompletnej, oligarchii inną, własną i bardziej domkniętą, byłoby szczególnym zamknięciem pisowskiej rewolucji.
Czy tak się stanie? Nie wiem. Ośmioletnie rządy PO, produkt stabilizacji systemu i wzmacniania partii, pokazują, że sam dwukadencyjny cykl jest w polskiej demokracji czymś naturalnym i niekoniecznie groźnym. Choć za PO mieliśmy do czynienia z wieloma przykładami przechyłu w kierunku władzy, zawłaszczania państwa, partia ta dała się w końcu demokratycznie odsunąć od steru. Gdyby PiS powtórzył tę drogę, nie byłoby w tym nic ani złego, ani dziwnego. Ale Orbánowskiej drogi z pewnością bym naszej ojczyźnie nie życzył.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95