Obserwujemy pnące się krzywe zachorowań. Liczymy zarażonych i zmarłych. Pandemia nie powinna nam jednak odbierać zdolności analizy kontekstu faktów, którymi bombardują nas media. Kwarantanna jest czasem nerwowego oczekiwania. Ale może być też czasem refleksji, odkrywania zależności, o których zapomnieliśmy, biegnąc naprzód z wiarą w rozwój gospodarczy, który nie ma końca.

Wszystko miało się zacząć na targu w Wuhanie. A może CoVID-19 wymknął się z największego w Chinach laboratorium wirusowego położonego zaledwie 14 km od miasta? Dzisiaj pandemia grozi światu globalnym kryzysem. Zanim zaczniemy bronić naszego bytu i rozwoju, zastanówmy się, co o naszym świecie mówi to, co się już stało.

***

Wyobrażaliśmy sobie, ba, uwierzyliśmy w świat bez granic. Jeszcze na początku tego wieku Unia Europejska wahała się, czy już może przyjąć kraj taki jak Polska. To właśnie sprawa granic, w których obowiązuje wspólnotowe prawo, była jedną z ważniejszych – czy zapewnimy im szczelność? Teraz wróciliśmy w błyskawicznym tempie do ram państw członkowskich Unii – tak ostre reżimy kwarantanny mogły podyktować tylko rządy, które miały mocną, narodową legitymację.

Zostawmy Europę, spójrzmy na świat. W 2017 roku – 1,4 miliarda turystów rocznie – wykupiono 4 miliardy biletów lotniczych. Za 15 lat miało być 8 miliardów pasażerów latających po świecie. Dzisiaj Hubert Vedrine, były minister spraw zagranicznych, pyta: czy naprawdę we Francji musi być 100 milionów turystów rocznie? Trzeba przypomnieć argument Donalda Trumpa, który skłonił do refleksji także jego zagorzałych przeciwników: państwo musi mieć granice. Nie może być tak, aby nielegalni imigranci stanowili kilkumilionową grupę.

Istnienie granic nie oznacza braku wolności. Aby coś było inclusive, najpierw musi być exclusive. Żeby otworzyć granice, trzeba najpierw je mieć. Życie greckich polis – miast-państw, starożytnego Rzymu czy miast średniowiecznych rozgrywało się intra muros. Granice można zamykać i otwierać. Dopiero w XIX wieku miasta zaczęły się rozlewać na przedmieścia, a mury zastąpił wieniec fortów. Ale nawet teraz na początku XXI wieku, w dobie rozpraszania zabudowy, gdy ponad połowa ludzkości żyje w skupiskach miejskich, zajmują one tylko 2 proc. powierzchni lądów. Poza paroma najmniejszymi i najludniejszymi krajami szczęśliwie mamy otwarty krajobraz, w którym dominuje przyroda, a nie zabudowa. Szkoda tylko, że jest coraz bardziej zaśmiecony odpadami naszej cywilizacji jednorazowych opakowań i obiektów pozbawiających go harmonii.

Wszyscy, którzy mają szansę spędzić kwarantannę koronawirusa na swoim, choćby niewielkim terytorium, mogą czuć się uprzywilejowani. Niech wyśmiewają ucieczkę z miasta ci, którzy dzisiaj siedzą uwięzieni w kontenerach mieszkalnych, które ludzkość buduje od stu lat zamiast domów i kamienic. Pandemia odsłoniła konsekwencje gęstości zabudowy i lokalnego przeludnienia. Znana nam rygorystyczna kwarantanna w Indiach wydaje się przestrzenną science fiction.

Ziemi, tej, której otwartymi widokami możemy się delektować, nie przybędzie. Nie jest więc tylko rynkowym produktem, którym mogą spekulować bez końca land deweloperzy. To dobro wspólne.

***

Praca i pieniądz to podobnie jak ziemia jeden z trzech sztucznych produktów. Pisał o tym po II wojnie światowej Karl Polanyi w „Wielkiej transformacji". Czym grozi unieruchomienie globalnej gospodarki, w której łańcuch dostaw został aż tak bardzo uzależniony od Chin jako fabryki świata? Kto może wygrać, a kto przegrać na wzmocnieniu regionalnych zależności gospodarczych? Czy pieniądz może być aż tak wirtualny, a praca aż tak oderwana od kosztów podstawowych, obciążona pośrednictwem i kosztami transportu? W czasach pokojowych znaleźliśmy się w gospodarce stanu wojennego. Wprawdzie na wojnie giną ludzie, ale równocześnie pracuje – często na najwyższych obrotach – gospodarka. Kwarantanna wyhamowała ją w stopniu, którego nie znamy.

Na temat związku pracy i pieniądza napisano tysiące książek. Ci, którzy przeszli przez doświadczenie komunizmu, wiedzą, czym jest likwidacja pieniądza jako miernika wartości. Ale nikt z unieruchomionych kwarantanną nie wie, czym jest zatrzymanie pracy. To przeszłość odległa od doświadczeń Europy, a tym bardziej Ameryki. My to znamy. Ludność gett była dziesiątkowana głodem, bo Niemcy zamykali za murem setki tysięcy ludzi i zamierała wymiana gospodarcza. Tam, gdzie nie ma pracy, nie ma też pieniędzy, za które kupuje się chleb, ryż czy ziemniaki. Noblista Amartya Sen odkrył i opisał istotę wielkich klęsk głodowych. Tam, gdzie kataklizm pozbawiał ludzi pracy i pieniędzy – umierali, bo żywność mogła dotrzeć do nich tylko jako dar. Zagrożeni głodem nie mogli się przenieść za pracą. Tym samym był Wielki Głód na żyznej Ukrainie, którą stalinowski terror uwięził we wsiach, pozbawił ziarna na zasiewy i zablokował pracę koszmarem przymusowej kolektywizacji.

Nigdy, nawet w czasie światowych wojen, łańcuch dostaw, obieg pieniądza i pracy nie został tak sparaliżowany jak obecnie. Wiemy, że gospodarka III Rzeszy tolerowała na przykład czarny rynek, gdy głód w okupowanej Grecji uderzył w pracę przymusową. Ekonomiści mogą w czasie pandemii, a tym bardziej po jej opanowaniu, po raz kolejny przekonać się, że są bardziej magistrami sztuki niż nauki. Skala epidemii okazała się nieprzewidywalna. Kwarantanna, w której jesteśmy zatrzymani, obejmuje już setki milionów pracowników.

Wszyscy, którzy teraz mówią, że znają właściwą odpowiedź na kryzys, który nastąpi po światowej kwarantannie, nie budzą zaufania. Tym bardziej gdy mówią to z pewnością entuzjasty globalizmu Grzegorza Kołodki. Jego przekonanie, że zna wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi, jest wątpliwą pociechą. Możemy być tylko pewni, że lepiej, aby bogaci zainwestowali pieniądze w filantropię jak Bill Gates czy Warren Buffett, niż żeby po prostu zaczęto je drukować jak po kryzysie 2008 roku.

***

Jak świat światem były zawsze nierówności, byli biedni i bogaci. Przynajmniej odkąd porzuciliśmy wspólnoty plemienne i zaczęliśmy tworzyć osiadłą cywilizację agrarną. Wtedy powstała własność i wokół miast zaczęły się organizować rynki. Właśnie przeżywamy moment historyczny w ich rozwoju. 90 proc. bogactw znajduje się w rękach 1 proc. ludzkości. Czy będzie użyte w znaczącej części, aby ocalić nasz świat? Tę konieczność rozumieją w fundacji Gatesa i Buffetta. Także polscy kapitaliści wykładają swoje miliony dla podtrzymania życia gospodarczego, które słabnie z każdym dniem pandemii.

To zjawisko cofa nas do moralnych podstaw kapitalizmu. Egoizm aktywnych, przedsiębiorców, zawsze miał służyć – nie wyłącznie, ale także – altruizmowi, myśleniu o innych, o pracownikach, o wspólnocie. Prawdziwi kapitaliści rozumieją, że trzeba zarówno ich umysłów, jak i ludzkiej pracy, aby mnożyć zyski i powiększać swój kapitał. Komunistyczna nomenklatura pokazała bardzo szybko, że nie stworzy się wydajnej gospodarki na bazie bezinteresowności. Z kolei kolonializm upadł dlatego, że wolni konsumenci, a zarazem wydajniejsi pracownicy byli korzystniejsi dla rozwijającej się produkcji niż niewolnicy. Pieniądz bez pracy nie tworzy wartości. Złoto Kadyksu nie rozwinęło Hiszpanii, a ropa naftowa nie doprowadziła do rozkwitu Bliskiego Wschodu. Dopiero praca przemienia pieniądz w dobrobyt i tworzy konsumentów, aby trwał obieg pieniądza i zyski przedsiębiorców.

Czy i jaki plan Marshalla powstanie po kwarantannie, jest kwestią otwartą. Światowa transformacja po pandemii będzie posuwała się drogą prób i błędów. Tym bardziej trzeba przypomnieć argumentację Marshalla z jego programu powojennej odbudowy gospodarczej Europy. Za amerykańskim idealizmem o przeciwstawieniu się klęsce głodu, nędzy, desperacji i chaosu stało też odrodzenie twardej Realpolitik. Nie mniej ważna była obrona własnych interesów wspólnoty euroatlantyckiej i zachowanie równowagi sił na świecie. Obserwujmy zatem uważnie, co dzieje się na Dalekim Wschodzie, skoro Chiny mimo pandemii kontynuują wrogie działania przeciw Tajwanowi.

Nowy porządek gospodarczy już teraz powinien być przedmiotem debaty. Musimy być obecni przy tworzeniu go jako kraj sukcesu, jeden z najszybciej nadrabiających zaległości cywilizacyjne. Możliwe, że Chiny po koronawirusie zaczną tracić pozycję fabryki świata. Jest przecież absurdem, że w rękach Pekinu jest 90 proc. zaopatrzenia USA w antybiotyki, witaminę C i ibuprofen, 70 proc. acetaminofenu i 40–45 proc. heparyny. Pora na odbudowę regionalnych więzów gospodarczych – łączenie centrów naszej cywilizacji z półperyferiami. To jedna z szans państw takich jak Polska.

***

Ostatnie lata zaowocowały triumfem informatyki i środków przekazu. I oto przyszedł prawdziwy test życia. Czy dzięki tym magazynom danych i ich transferom zwiększyła się przewidywalność? Nie. Jak mówi jeden z ponurych memów, zadziałał efekt motyla. Zupa z nietoperza w Wuhanie zablokowała dzisiaj Paryż, Londyn, Nowy Jork i stan Kalifornia.

Umiemy z dowolnego punktu na Ziemi odtworzyć przeszłość, poznać genealogię swojej rodziny. Umiemy przeszczepiać organy i konstruować zrobotyzowane protezy. A jednocześnie okazaliśmy się równie bezbronni wobec wirusa z Wuhanu jak starożytni Ateńczycy w połowie V w. przed Chrystusem. Wówczas w ciągu czterech lat zginęła jedna trzecia mieszkańców miasta i co czwarty żołnierz. To był zapewne dur brzuszny.

Tysiąc lat później za cesarza Justyniana w połowie VI w. n.e. dżuma zebrała straszliwe żniwo. Zmarła ponad połowa mieszkańców Europy. Szacuje się, że ta sama czarna śmierć w połowie XIV w. pochłonęła ponad 100 milionów ludzi. W następnej takiej pladze – wielkiej zarazie w Londynie lat 1665–1666 – zginęła jedna piąta populacji. Umierało nawet 7 tysięcy ludzi dziennie. Czy konserwatysta Borys Johnson o tym zapomniał?

Jeszcze w XVIII w., wieku oświecenia, pandemia czarnej ospy w Europie uśmierciła 60 milionów, a następnie w połowie XIX w. – czasach pierwszej rewolucji przemysłowej – 40 milionów ludzi zmarło na cholerę. Grypa hiszpanka w latach 1917–1918 uśmierciła 100 milionów. To więcej, niż było wszystkich ofiar I wojny światowej. Ostatnim takim atakiem była epidemia HIV, która od lat 80. zebrała żniwo szacowane na 25–30 milionów ludzkich istnień.

W czasach szybkich i tanich podróży, powszechnych środków higieny i informacji dostępnej online zostaliśmy nagle unieruchomieni w granicach mieszkań, domów, miast, krajów, kontynentów. Wojnę wietnamską zmienił fakt, że oglądaliśmy ją na bieżąco na ekranach telewizorów. Teraz śledzona online arytmetyka błyskawicznego rozprzestrzeniania się koronawirusa i probabilistyka zagrożeń seniorów zmieniła wszystko.

W ostatnich latach w Polsce umierało dziennie około tysiąca osób i ginęło w wypadkach drogowych około dziesięciu. Nie liczba chorych i umierających budzi niepokój, lecz istota tej pandemii – tempo zarażania przez SARS-CoV-2. Jak pokazał przebieg wydarzeń we Włoszech i w Hiszpanii, walka z wirusem może sparaliżować służbę zdrowia krajów zasobniejszych od naszego. Wtedy dodatkowo śmierć zabierze pacjentów, których można uratować od zawału, udaru czy raka. To dlatego rząd brytyjski w ciągu paru dni zmienił o 180 stopni swój kurs. Łatwo się mówi: większość się zarazi i uodporni, a niewielki procent umrze. Trudniej przyjąć, że 0,6 proc. zachorowań może oznaczać 300 tysięcy zmarłych więcej, niż mówi demograficzna prognoza dla Zjednoczonego Królestwa.

***

Czy ten nagły wewnętrzny atak w świecie natury, którą zdawałoby się biochemia, biofizyka i mikrobiologia już rozszyfrowały, był do przewidzenia? Teoretycznie tak, ale praktycznie – nie. Nikt niezaatakowany nie zgodziłby się na takie ograniczenie wolności osobistej i takie ryzyko ekonomiczne, przed którym stanęliśmy. Żadna służba zdrowia nie ma tak sprofilowanych rezerw, które trzeba uruchomić niemal z dnia na dzień. I żaden podatnik nie zgodziłby się – przynajmniej dotychczas – płacić za ubezpieczenie losu, którego przecież nie znał.

Jeśli to jest niechciana wojna biologiczna, to Chiny pokazały w dość ponury sposób, jak ją można wygrać, obejmując totalną kontrolą półtora miliarda ludzi. Wiemy już, jaką siłą jest cyfrowa inwigilacja, identyfikacja każdego i wszędzie – nawet gdy twarz zasłonięta jest maską. Sukces w walce z koronawirusem przyniosła włączona w nią sztuczna inteligencja, kamery termowizyjne z automatyczną identyfikacją anomalii, drony śledzące każdego i wszędzie. W ciągu tygodnia zbudowano w Wuhanie ogromny szpital. Dziś Chiny opracowały już system elektronicznego obozu koncentracyjnego.

Czy zatem nie ma żadnej lekcji, którą można by uznać za odrobioną w tej kwarantannie? Są nawet dwie. Po pierwsze – jednostki, rodziny i wspólnoty gminne muszą mieć zapasy i środki na przetrwanie podobnego ataku. To już nie ćwiczenia na survival, to rzeczywistość. Po drugie – państwa muszą mieć plan mobilizacji, który wykracza poza rutynowe ćwiczenia na testowanie infrastruktury krytycznej. Jakkolwiek byłoby solidarne nasze społeczeństwo i zdyscyplinowane ponad swoje codzienne nawyki, to nie da sobie rady, gdy nie będzie miało zapasów i mocy zdolnych wyprodukować środki ochrony przed pandemią. Poczynając od masek, odzieży ochronnej i respiratorów, a kończąc na scenariuszach na czas pandemii. Państwo musi rutynowo sięgać w takich przypadkach po plany mobilizacyjne. Podtrzymać rytm funkcjonowania gospodarki bez odwoływania się do ryzykownego bohaterstwa, które oglądaliśmy na przykład po katastrofie nuklearnej w Czarnobylu. Rzecz nie tyle w pełnych magazynach, ile w sprawności władzy zdolnej powoływać profesjonalne zespoły zadaniowe, które uruchamiają samoobronę organizmu państwowego.

Chińczycy, którzy tysiące lat uczyli się na Konfucjuszu, jak służyć państwu, zareagowali w totalnej skali, zdecydowanie za późno, ale nadzwyczaj skutecznie. To nie powód jeszcze, żeby bezkrytycznie zachwycać się konfukomunistami (jak mawia Antoni Kamiński). Dla nas cel nie uświęca środków. Nasze państwo zareagowało na szczęście w porę, z rzadkim w polskiej administracji refleksem, co nie znaczy, że idealnie. W końcu kolejki TIR-ów na granicach wymagały specjalnej interwencji. Niemniej społeczeństwo odpowiedziało z rzadką u nas dyscypliną. Znamy ją z czasów rewolucji Solidarności. Teraz pora, by korzystając z czasu kwarantanny, przemyśleć na nowo, do czego państwo jest nam potrzebne, a gdzie jego nadaktywność jest szkodliwa, a rozpychanie się niczemu dobremu nie służy. Pora wrócić do idei Silnego Państwa Minimum.

Widzą to najlepiej ci, którzy z narażeniem zdrowia i życia zarządzają teraz społeczeństwem skazanym na fizyczną izolację i zerwanie więzi kooperacyjnych. Są naprawdę potrzebni i słusznie są jednymi z nielicznych, którzy mogą być pewni swoich zarobków i swojej przyszłości. Może wreszcie spojrzymy inaczej na rolę służb publicznych w spokojnych czasach. Może nasze państwo, na co zwrócił uwagę ostatnio prof. Jerzy Hausner, musi zostać brutalnie odbiurokratyzowane, aby stało się silne w tym, w czym naprawdę go potrzebujemy. W utrzymywaniu w ruchu tego, czego obywatele sami zrobić nie mogą – w zarządzaniu wszelką infrastrukturą: energetyczną, zdrowia i oświaty, transportową, służbami. Nasze państwo ma wreszcie przestać kontrolować sprawy i działania obywateli, które nie dotyczą ani naszego bezpieczeństwa, ani życia i zdrowia, ani nauki i rozwoju.

***

Najwyższa pora zrobić to, na co przez 30 lat nie starczyło nam determinacji. Aby służby państwowe skupiły się – i zostały po to wyposażone w silniejsze prerogatywy – na dziedzinach, w których nikt ich nie zastąpi. Żeby przestały być wielkim spowalniaczem naszych działań gospodarczych, innowacji, inicjatyw społecznych. Słowem, aby wreszcie znów wróciła zasada: „co nie zabronione, to dozwolone". Przecież to ta formuła ministra przemysłu Mieczysława Wilczka, jeszcze przed Balcerowiczem, rozpoczęła gospodarczą rewolucję.

Warto się przyjrzeć Estonii, światowemu liderowi informatyzacji państwa. Zdecydowanie trudniej jest zamknąć świat, w którym fizyczne pojawienie się obywatela przed urzędnikiem sprowadzone jest do sensownego minimum. W Estonii jedyne interakcje obywatela z państwem, które wymagają osobistego stawiennictwa, to małżeństwo, przeniesienie praw własności do nieruchomości i rozwód. Naprawdę mamy się gdzie i od kogo uczyć, jak żyć i dać innym żyć. Gdy widzimy, jak nasi obywatele wzajemnie się dyscyplinują, jak policja umie z poczuciem humoru kontrolować ludzi uwięzionych w swoich mieszkaniach, jak tysiące wolontariuszy wspomagają seniorów, dostarczając im niezbędne produkty – można wiele się z tego nauczyć. Przede wszystkim, co warto regulować i kontrolować, a co jest tylko anomalią zarządzania, którym administracja sama się dławi.

Odciążeniu państwa od decyzji zbytecznych, temu samoograniczeniu rządu i samorządu musi towarzyszyć powrót przywództwa. Tego zdaje się nie rozumieć dzisiejsza opozycja. Trafnie ujął to były minister finansów Jerzy Osiatyński. „To jest naprawdę stan wojennego zagrożenia, a nie politycznej walki partyjnej" – napisał. „Wszystko zależy od tego, czy zdołamy razem i każdy z nas oddzielnie zachować wiarę, że tej pandemii (...) zdołamy sprostać (...) I że zdobędziemy się na zaufanie do tych, na których barki spadł ciężar wyprowadzenia nas z tej opresji. Bez względu na to, jak ich politycznie oceniamy".

Gdy cała niemal Polska przeszła na zdalne funkcjonowanie, posłowie nie umieli szybko i sprawnie porozumieć się, jak współdziałać w wypracowaniu najlepszych decyzji. Zanim właściwa ustawa o tarczy antykryzysowej stała się okazją do sporów, już sam regulamin zdalnej pracy Sejmu wzbudził kontrowersje. Czyje? Tych, co jeszcze niedawno okupowali salę obrad i oburzali się, gdy wysoka izba zebrała się w innej części siedziby parlamentu. Jakby kompromis i dążenie do konsensualnych rozwiązań nie było nakazem chwili, gdy dostajemy bolesną lekcję ze świata przyrody. Były inspektor sanitarny, doktor Arkadiusz Stempin, przypomniał, że „zaraza jest zjawiskiem naturalnym i sprowadza człowieka z wyżyn polityki, kultury i ekonomii do wymiaru biologii, o czym zdążył zapomnieć, przebywając w szklanej bańce high-techu". To prawda, że każdy problem dyskutowany w parlamencie wymaga skonfrontowania różnych punktów widzenia. Ale w momencie takim jak teraz trzeba szybko znajdować kompromis. Nakręcanie spirali histerii i nieufności do każdej propozycji rządzącej większości jest dowodem wyobcowania establishmentu. Jeśli ktoś zarzuci mi po tym stwierdzeniu populizm, przyjmę to jako komplement. W tej godzinie próby będą upadać i rodzić się autorytety. Gdy słuchamy ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, rozumiemy i czujemy odpowiedzialnego przywódcę. W warunkach powodzi, katastrofy czy pandemii rządzenie jest ciężarem, a nie przywilejem. Nie każdy potrafi to unieść. Procedury przestają być biurokratycznym rytuałem. Może komuś imponuje to, że Unia Europejska rozstrzyga trzy miesiące po wybuchu epidemii przetarg na środki zabezpieczające. Dla mnie to znak eurokracji. Skoro mamy wspólny rynek, dlaczego nie można było w szybkim konkursie ofert uruchomić masowej produkcji w wielu krajach i zapobiec spekulacji wynikającej z niedoborów.

Musi się skończyć proceder spowalniania aktywności obywateli i przedsiębiorców przez nieustanne kontrolowanie wszystkiego, co mogłoby biec swoim torem. A jednocześnie pozwala się i toleruje anarchistyczne protesty tych samych obywateli przeciw decyzjom rządzących, nawet gdy mieszczą się w ich twardych prerogatywach. Oczywiście, że żadne żółte kamizelki we Francji, w Polsce czy gdziekolwiek indziej nie stworzą odpowiedzialnego rządu. Ale to przejaw buntu i memento. Przez fakt, że demokratycznie wybrani, nie stajecie się nieomylni!

***

Pandemia odsłoniła absurdalny przerost fikcyjnej władzy teoretycznego państwa, wreszcie obkurczyła rządzenie do sensownego minimum. Nasi posłowie – w maskach czy bez masek – nie przekonają nas do sejmokracji i debat bez konstruktywnych propozycji rozwiązań tylko dlatego, że mają one legitymację suwerena. Istota rządów demokratycznych polega wszak na tym, że rządzący wiedzą, że istnieje alternatywa. Ale, na Boga, strategiczna, a nie taktyczna. Opozycja powinna w obecnej sytuacji szukać szybkich ponadpartyjnych porozumień z rządem. Podobnie rząd – szukać wsparcia opozycji. Władzą się bywa, a państwo ma trwać stale.

Dramat, w którym uczestniczymy i nad którym wisi widmo tragedii, nie ma źródeł w obecnych rządach, nawet nie w poprzednich. Jeśli już, to w całym trzydziestoleciu III RP, która zapomniała o doświadczeniu polskim ostatnich dwóch stuleci. Zachód przeżył je inaczej. Nie znał zaborów, powstań, zarazy bolszewickiej, której przeciwstawiliśmy się dokładnie 100 lat temu, a która wróciła do nas po Jałcie na kilkadziesiąt lat. Pewnie dlatego Włochy, członek NATO, patrzą inaczej na pomoc z Moskwy opatrzoną napisami „From Russia with love". My znamy taką bratnią pomoc i wiemy, że przychodzi ona z kraju, w którym jeśli agencja TASS nie potwierdzi katastrofy, to katastrofa ta się nie wydarzyła.

***

Kwestie bezpieczeństwa, cyberbezpieczeństwa i gotowości obrony mikrobiologicznej rysują się jako nowy problem. Cóż że zarazki czarnej ospy przechowywane w Atlancie i Moskwie nie zostały jeszcze nigdy wykorzystane. Po grze wojennej, w której obecnie uczestniczymy, wcale nie muszą. Nasze zinformatyzowane, konsumpcjonistyczne i hedonistyczne społeczeństwo nomadów można sparaliżować nie tylko koronawirusem. Może to przecież być sprowokowany jak w Syrii masowy napływ nielegalnych imigrantów, cyberatak na Estonię czy trolle uderzające w system wyborczy Stanów Zjednoczonych.

Za każdą z tych hybrydowych inwazji stała bezpośrednio lub pośrednio Moskwa. Rosja pozostała imperialistyczna, o czym świadczy podbój Donbasu i Krymu. Jest stabilna – Putin może rządzić aż do śmierci.

W dodatku – w odróżnieniu od rządów na Węgrzech i w Polsce – jest prawdziwą demokraturą, nie daje szans na wybór różnych opcji. Nie sposób krytykować Rosji jako suwerennego bytu, skoro naród rosyjski woli potęgę kosztem wolności niż wolność na gruzach imperium. Putin wyciągnął wnioski z przeszłości: silni zbrodniarze – jak Iwan Groźny czy Stalin – mogli zostać mężami stanu. Słaby Michaił Gorbaczow, podobnie jak car Mikołaj II rozstrzelany przez bolszewików, wart był tylko tego, aby go obalić.

Pandemia, która z Chin rozlała się na świat, pokazała ogromną szansę dla wszelkich form agresywnych manipulacji. Żaden kraj, który chce zachować niezależność, nie powinien pozwolić na spenetrowanie swojej sieci 5G. Szczęśliwie właśnie bankrutuje brytyjski OneWeb, który z Airbusem i Rosjanami chciał uruchomić szerokopasmowy satelitarny internet dla całego świata.

Postępy nauki i globalne sieci informacji nie uratują nas przed agresją polityczną, gospodarczą i militarną, jeśli będziemy chować się za humanistyczne frazesy. Państwa zbójeckie – nie wstydźmy się tego terminu ani w stosunku do Rosji, ani Iranu, ani Syrii (to tylko początek listy) – mogą teraz poszerzyć proxy wars na nowe formy terroryzmu czy rewolty zbuntowanych mniejszości. Identyfikacja niebezpieczeństwa jest równie trudna jak odkrycie ostatnio przez CNN fermy moskiewskich trolli w willi w Ghanie. Atmosfera pandemii i izolacji, którą sprowokowała, tylko ułatwia takie działanie.

***

Jestem starszym panem i doświadczonym zwierzęciem politycznym. Pamiętam ze wspomnień rodziców, a nie tylko z literatury, wysiedlenia lat Wielkiej Wojny 1914–1918. Zbliżająca się rocznica zwycięstwa nad bolszewikami przypomina, że pod jednym względem była ona z pewnością cudem nad Wisłą: w rządzie Wincentego Witosa współpracowały wszystkie nurty polityczne w obronie odzyskanej niedawno niepodległości. Pod koniec wojny polsko-sowieckiej nasz wieloetniczny wówczas naród liczący 27 milionów zdołał wystawić ponadmilionową armię żołnierzy i ochotników, mężczyzn i kobiet. Polaków wsparli Ukraińcy, Białorusini, Tatarzy i Żydzi. Walczyli o wolność, mając czasem po drugiej stronie przeciwników, z którymi, pomimo więzów krwi, dzieliła ich wizja Polski w Europie.

Wspomnienia okupacji, gett, obozów koncentracyjnych i łagrów były żywe w myślach generacji, której II wojna światowa zabrała młodość. Stali przed wyborami losu niewinnej ofiary, bezsilnego świadka tragedii innych lub, jak zwykle najrzadszego, bohaterstwa. Pewnie dlatego, przechodząc próby generacji '68, przyjmowałem spokojnie fakt, że tylko jedna osoba na 100 zdobywa się na heroiczną odwagę, a tylko 1 na 10 godzi się z ryzykiem uczestnictwa w ruchu o nieznanym losie. Na tym polega okrucieństwo życia.

I oto teraz pokolenie naszych dzieci poddane jest próbie, która kompletnie je zaskoczyła. Wyrwała z hedonistycznej stabilizacji, którą zapoczątkował koniec zimnej wojny. Płynie z niej parę bolesnych refleksji praktycznych.

Pierwsza i podstawowa, że historia cywilizacji powraca w swojej nieprzewidywalności. I druga – że jedyne, czego możemy się nauczyć od starożytnych i nowożytnych mędrców, to virtus – dzielność. Odwaga, tak intelektualna, jak i fizyczna, kazała poprzednim i mojemu pokoleniu przeciwstawiać się temu, co łatwe, wstydliwe, a czasem haniebne. Uczyliśmy się czujnie selekcjonować informacje, elastycznie reagować na kolejne wyzwania, a gdy trzeba, sięgać po siłę w obronie słabszych.

Tak, ma rację Yuval Harari, że nauka i informacja mogą uratować nas przed najgorszym. Mogą, ale nie muszą. Informacja i jej szybki przekaz służą tak samo obronie, jak i atakowi, są obosieczne – mogą ocalać i zabijać. Argument Harariego, że już 2 proc. światowego PKB może uratować planetę przed kryzysem klimatycznym, a znacznie więcej wydajemy na zbrojenia, znaczy co innego dla Rosjanina i Chińczyka, a co innego dla Amerykanina, Francuza czy Polaka.

Jest pewne, że świat po kwarantannie będzie wyglądał inaczej. Ale tak samo miał się już zmienić po Wersalu, po Poczdamie i po Jesieni Ludów w 1989 roku. Myślę, że jest inne ważne pytanie, które przed nami stoi. Ta kwarantanna uświadamia je jeszcze przed kolejnym kryzysem gospodarczym. Czy mamy walczyć bardziej o ciągły wzrost gospodarczy, czy bardziej o równowagę i przetrwanie? Jak mamy w XXI w. kontynuować rozwój przez szukanie dynamicznej równowagi, o czym zdecydował już wiek XVIII? Czy jesteśmy i pozostaniemy częścią świata życia – Lebenswelt – czy też będziemy za każdą cenę go przekształcać w imię wzrostu PKB?

Zmieniały się w historii ludzkiej cywilizacji pozycje państw małych, średnich, jak nasze, i dużych. Ale gra o potęgę, o to, kto decyduje o równowadze sił na świecie, nie zmieniała się. Myślmy o miejscu Polski po kwarantannie, o naszym miejscu w Europie jako sojusznika Ameryki, z Ukrainą, Białorusią i Rosją na wschodzie oraz odległymi Chinami. Jakich związków jesteśmy gotowi szukać z Niemcami, naszym sąsiadem i najważniejszym partnerem gospodarczym, gdy to one są motorem i liderem Unii? Jesteśmy w Europie wschodem Zachodu. I róbmy swoje w tej właśnie roli. Nikt nas w tym nie zastąpi. I nikt za nas nie uniesie losu Polski i Polaków. 

Marzec 2020