21 września 2022 roku zmarł Tomasz Wołek, dziennikarz, publicysta i działacz opozycji w okresie PRL. Przypominamy recenzję książki Wołka, która ukazała się w "Plusie Minusie" w lutym 2021 roku.

Czytaj więcej

Nie żyje dziennikarz Tomasz Wołek

Widać niespecjalnie chciał właśnie te afiliacje rodzimego środowiska wybijać na plan pierwszy. A może miał wątpliwości, czy powinien wypowiadać się na ten temat na falach niezależnej rozgłośni człowiek spoza ścisłego grona założycieli „Dziekanii"? Nie mam pojęcia.

Miałem wtedy wobec Tomka Wołka tzw. mieszane uczucia. Z jednej strony był dla mnie wybitnym publicystą z kręgu „Polityki Polskiej". Autorem sążnistych tekstów odwołujących się do polskiej tradycji konserwatywnej i narodowej. Żeby było jasne: Tomasz Wołek był daleki od gloryfikacji przedwojennej tradycji. Patrzył na nią krytycznie, ale też próbował przymierzyć do kształtu rodzącej się w końcu lat 80. ubiegłego wieku nowej Polski. Z drugiej strony był aktywnym uczestnikiem ówczesnego życia politycznego. Sklejał „Dziekanię", był w jej sercu, budował alternatywne dla kręgów KOR-owskich środowisko opozycyjne, które miało – tak słusznie skądinąd wtedy twierdził – odegrać w przyszłej wolnej Polsce ważną, jeśli nie podstawową rolę.

Na polu wolnych mediów po 1989 roku z pewnością miał wielkie zasługi. Polemizował, kłócił się, walczył o ważniejsze czy mniej ważne sprawy

Wolność przyszła szybciej, niż się wtedy spodziewaliśmy. Minęło raptem kilka miesięcy, kiedy doczekaliśmy się czerwcowych wyborów i odsunięcia komunistów od władzy. Ku mojemu zdziwieniu Tomek nie wszedł, jak wielu jego kolegów, w aktywną politykę. Zamiast w rządzie Tadeusza Mazowieckiego wylądował w „Życiu Warszawy", a potem w „Życiu" z kropką. Powrócił do aktywnego dziennikarstwa, od którego zresztą zaczynał dwie dekady wcześniej.

Do dziś zastanawiam się, czy dobrze zrobił. Na polu wolnych mediów po 1989 roku z pewnością miał wielkie zasługi. Polemizował, kłócił się, walczył o ważniejsze czy mniej ważne sprawy. Bronił historycznych ról Franco i Pinocheta, ale też skutecznie obnażał prowokacje służb specjalnych wobec polityków III Rzeczypospolitej. A potem zaczął się jego, nie do końca dla mnie zrozumiały, dryf w stronę niegdysiejszych polemistów, kręgu „Gazety Wyborczej" i jej redaktora naczelnego Adama Michnika. Nie, żebym robił z tego jakiś zarzut, mam wrażenie, że nie pokłócił się ze swoim sumieniem. Był i pozostał człowiekiem o uczciwych, wyrazistych poglądach. Stracił jednak identyfikację ze środowiskiem, którego był niegdyś filarem, kręgiem Ruchu Młodej Polski.

Po latach już jako emeryt i outsider wraca ze swoją książką „Historia pewnej prowokacji". To opatrzony wstępem Aleksandra Halla i posłowiem Adama Michnika wybór jego publicystyki. Ciekawej, zajadłej, do dziś inspirującej. Warto sięgnąć po tę książkę, bo jest świadectwem kilku dekad debaty o Polsce. Intrygującym i bardzo, bardzo Wołkowym. Poczytałem, przemyślałem i zadaję sobie pytanie: czemu ten głos brzmi dziś tak cicho?