Coraz popularniejsze stają się też święta ulic, dzielnic czy rejonów. Podczas święta stołecznej Saskiej Kępy policja wstrzymuje ruch główną jej ulicą, by oddać ją we władanie świętującym. A szkoły publiczne organizują rodzinne pikniki zamiast nudnej akademii, na których występują uczniowie, a potem wszyscy odwiedzają stoiska przygotowane przez poszczególne klasy. Można zjeść ciasto i wypić kawę, wziąć udział w loterii, wymienić używane książki.
Co łączy to wszystko? Chęć bycia razem, wspólnego spędzania czasu wolnego. Im jesteśmy bogatsi, im bardziej jesteśmy zamożnym postprzemysłowym społeczeństwem, tym bardziej świadomie myślimy właśnie o czasie wolnym. Bycie razem staje się jedną z podstawowych form życia. Istotą wspólnoty staje się wspólne spędzanie czasu. Podczas religijnych uroczystości jesteśmy razem. Patriotyzm również celebrujemy wspólnie – a to śpiewając w południe 11 listopada hymn, a to oglądając pokazy sztucznych ogni, słuchając koncertów czy biorąc udział w marszach.
Media społecznościowe dobrze rozpoznały tę potrzebę, ale nie wypełniły jej w całości. Bo przerabianie kolejnych hal targowych na miejsca spotkań, tworzenie współdzielonych biur do tzw. coworkingu itp. wciąż cieszy się powodzeniem.
Koronawirus uderzył w to najczulsze miejsce. Kwarantanny, zalecenia spod znaku izolacji milionów osób biją w tę naszą potrzebę, by być razem. Powszechny nawyk wspólnego spędzania czasu doprowadził do fatalnych skutków we Włoszech, Francji czy Hiszpanii. Gdy jednak liczby, suche jak kaszel chorego na Covid-19, pokazały, że prowadzić to może do katastrofy, również południowcy zastosowali drakońskie metody, wprowadzając stan wyjątkowy, zamykając kawiarnie, restauracje, każąc być osobno.
Dlatego koronawirus uderza w jądro naszej cywilizacji, ale też w samo centrum polskiej ponowoczesności. Przez 30 lat wytworzyliśmy nowe nawyki, które dziś poddawane są poważnej próbie. Epidemia odbiera sens nie tylko stołecznym bulwarom nadwiślańskim (czy jest sens pić piwo z przyjaciółmi, jeśli trzeba zachowywać od siebie minimum półtorametrowy dystans, a zdaniem niektórych nawet czterometrowy?), odbiera też sens wszelkim centrum handlowym, halom targowym zamienionym w miejsca pełne jadłodajni, kawiarni i sklepików z ekożywnością. Odbiera sens całym dzielnicom, które przerobiono właśnie z myślą o modzie na wspólne spędzanie czasu – warszawskim Powiślu i Saskiej Kępie czy krakowskim Kazimierzowi i Podgórzu.
Czy nasza postkomunistyczna, postindustrialna ponowoczesność się z tego podniesie? Czy po zakończeniu narodowej kwarantanny wrócimy w utarte koleiny, czy może pozostaną w nas na dziesięciolecia blizny, które sprawią, że nasza cywilizacja pójdzie w innym kierunku?
Czytaj więcej
Czy nabycie samochodu może być tak proste, jak zamówienie sprzętu online? O tym, jak wygląda transformacja tego sektora oraz jak należy odpowiedzie...