Aktor nazywany aniołem

19 grudnia po kilkumiesięcznej hospitalizacji powrócił z warszawskiego szpitala do krakowskiego domu Krzysztof Globisz. Jest po wylewie. Walczy z afazją. 15 lutego Fundacja Mimo Wszystko Anny Dymnej organizuje w krakowskiej filharmonii koncert i aukcję, z której cały dochód zostanie przeznaczony na rehabilitację wybitnego aktora.

Aktualizacja: 26.12.2014 22:04 Publikacja: 26.12.2014 13:00

Fot. Roman Lipczyński

Fot. Roman Lipczyński

Foto: Forum

W lipcu Krzysztof Globisz nagrywał w Warszawie audiobook „Martwe dusze" Gogola. Było gorące lato, w nocy aktor poczuł się gorzej. Nastąpił wylew. Sytuacja stała się dramatyczna. Potrzebna była hospitalizacja. Niestety, po kilku dniach doszło do drugiego wylewu. W mediach pojawiły się informacje o chorobie, na szczęście dziennikarze uszanowali spokój rodziny.

Rolę nieformalnego rzecznika prasowego Globisza wzięła na siebie Anna Dymna, jego koleżanka z zespołu Starego Teatru w Krakowie. Nazywała aktora czule swoim teatralnym braciszkiem i czuwała nad tym, by jego rodzina nie musiała się zmagać z dodatkowymi problemami, jakimi są medialny szum i tania sensacja.

Krótko przed Bożym Narodzeniem, w porozumieniu z żoną Krzysztofa Globisza, Anna Dymna przekazała informację o lutowym koncercie charytatywnym. Odbędzie się w walentynkowe święto miłości w krakowskiej filharmonii. Wezmą w nim udział: Anna Szałapak, Anna Radwan, Ewa Kaim, Grzegorz Turnau, Andrzej Sikorowski, Jacek Wójcicki, Zbigniew Wodecki, Jerzy Trela. Na wieczór prowadzony przez Annę Dymną i Bronisława Maja złożą się fragmenty filmu „Anioł w Krakowie" i spektaklu „Filozofiia po góralsku", w których występował Globisz. Trwa zbiórka fantów na licytację, a cały dochód zostanie przekazany na rehabilitację aktora, w czym pomoże również licytacja w internecie.

– Krzysztofa często nazywamy aniołem – powiedziała Anna Dymna. – Nie tylko dlatego, że zagrał po mistrzowsku tytułową rolę w filmie „Anioł w Krakowie". Mówimy to z uśmiechem, niby półżartem, ale zawsze, gdy go spotykamy, kiedy z nim rozmawiamy, gramy z nim, nawet gdy o nim myślimy – robi nam się jaśniej i cieplej. Krzysztof nigdy nie odmawia pomocy innym i zawsze jest tam, gdzie ktoś go potrzebuje. Jest naszym kochanym bratem, przyjacielem. Maria Konopnicka napisała: „Ludzie to anioły z jednym skrzydłem, dlatego, aby się wznieść, musimy trzymać się razem"– Krzysztof zna dobrze sens tych słów. Całe życie pomagał podnieść się wielu ludziom swoją życzliwością, radością i ciepłem. Teraz my musimy użyczyć mu naszego skrzydła, by wrócił do nas szybko i „latał" razem z nami. Tęsknimy za nim, tęsknią koledzy, studenci, widzowie.

Choroba przyszła, gdy Krzysztof Globisz cieszył się opinią najbardziej utalentowanego i sprawnego technicznie artysty swojego pokolenia. Mistrza. Stał się naturalnym spadkobiercą Tadeusza Łomnickiego i Gustawa Holoubka, najwybitniejszych polskich aktorów, którzy – jak wiadomo – za sobą nie przepadali i całe życie, również prywatnie, na polu uczuciowym i towarzyskim rywalizowali.

– Cieszę się, że spotkałem dwóch artystów, na których mogę się wzorować. Łomnickiego i Holoubka – mówił mi Krzysztof Globisz. – Spotkałem się z nimi, grałem. Szli innymi drogami, ale do tego samego celu. Obaj pokazali, co można osiągnąć w naszym zawodzie, jeśli tylko będziemy myśleć. Próbuję ich pośmiertnie połączyć, zaprzyjaźnić ze sobą.

Łomnicki był wielkim transformerem i wywarł wielki wpływ na Globisza.

– Naciskał guziczek z odpowiednią rolą i na naszych oczach rodziło się teatralne monstrum – tłumaczył Globisz. – Spotykaliśmy się wielokrotnie. Kontrolował mnie. Oglądał moje spektakle. A kiedy nagrywał „Ojca" Strindberga, przedostatnią sztukę w telewizji, zaproponował mi zagranie służącego.

Propozycja była zaskakująca, przypadła bowiem na czas, kiedy Globisz grał główne role u najważniejszych reżyserów.

– Zastanawiałem się, co to znaczy – wspominał. – Miałem jechać na siedem dni do Łodzi, żeby zagrać epizod. Pojechałem i dobrze zrobiłem. W wolnym czasie spacerowaliśmy i cały czas mi gadał, co i jak mam grać. Spotkanie było rodzajem testamentu. Potem wystąpił jeszcze w telewizyjnym „Stalinie" i odszedł z walizką na zawsze.

Niezbadany los

Globisz czuje się też uczniem Jerzego Jarockiego, u którego zagrał pierwszą wielką rolę w „Życie jest snem" Calderona, sztuce o... Polsce i zmaganiach człowieka z losem.

– Czas aktorów kretynów się skończył – mówił Krzysztof Globisz w wywiadzie rzece „Notatki o skubaniu roli" Olgi Katafiasz. – Obecność aktora na scenie powinna się wiązać przede wszystkim z sensem. Kiedy robiliśmy „Życie jest snem", jedynymi tekstami – poza takimi oczywistymi, historyczno-teatralnymi, które dostałem od Jerzego Jarockiego – były książki Viktora Frankla, jednego z wybitnych psychiatrów i psychoterapeutów ze szkoły wiedeńskiej, poświęcone wyłącznie sensowi. Jarocki zobaczył pewną zbieżność pomiędzy historią Segismunda a tym, co pisze Frankl w swoich pismach medycznych. A pisał o tym, że życie człowieka polega na dochodzeniu do pewnego sensu, każdy krok jest poszukiwaniem tożsamości i sensu naszego istnienia. Dla mnie to oznaczało, że proces edukacji Segismunda, każdy jego krok na dworze jest poszukiwaniem tożsamości, sensu pobytu na ziemi. Proces ów ma swoje etapy: pierwszy kończy się tragicznie – świadomością, że można znaleźć w sobie diabła,wyciągając wniosek z podstawowego faktu, iż jestem wolnym człowiekiem i wolno mi wszystko, na przykład mogę wyrzucić kogoś przez okno. Tragiczne nieporozumienie prowadzi do zbrodni, do zniweczenia człowieczeństwa. Jest etap drugi, czyli refleksja samoograniczenia – ograniczenie jest naszym sensem.

Wnioskiem o konieczności samoograniczenia skutkowały również rozmowy z Holoubkiem.

– Gustaw Holoubek opowiadał kiedyś o swoich kłopotach z rolą Leara w przedstawieniu Jerzego Jarockiego – wspominał aktor. –  Grał oczywiście świetnie, ale raz tak, raz inaczej. Pewnego dnia, wychodząc z teatru, zobaczył oniemiałą twarz Piotra Fronczewskiego, który również grał w tym spektaklu, i wtedy zrozumiał, że nie musi już nic grać. Tyle już zagrał, tyle postaci i słów wtłoczył już w swoje ciało, że teraz im mniej gra, tym więcej przekazuje sensów. To również schodzenie do punktu zero. Przychodzi moment, kiedy zdanie wypowiedziane neutralnie ma o wiele większą siłę niż zdanie zagrane. Ale żeby zdanie można było powiedzieć neutralnie, musi być nasączone możliwościami, których nie sposób ogarnąć.

Pierwszą kreację w kinie Globisz stworzył u Krzysztofa Kieślowskiego. Został zaproszony na zdjęcia próbne, gdy było wiadomo, że główną rolę ma grać jego sąsiad... Bogusław Linda. Linda zagrał w „Przypadku", a Globisz młodego adwokata w „Krótkim filmie o zabijaniu".

– Z Krzysiem to niezwykła historia – mówił aktor. – Kiedy wróciłem po moim pierwszym sezonie teatralnym do Krakowa, Kieślowski zatelefonował, mówiąc, że chce się ze mną spotkać. Powiedziałem: „Panie Krzysztofie, oczywiście, przyjadę". A on na to: „Nie, to ja przyjadę". I przyjechał do mnie, młodego aktora, który był kilka lat po studiach. Przyszedł do mojego mieszkania przy ulicy Daszyńskiego – reżyser tej klasy, Krzysztof Kieślowski, żeby ze mną porozmawiać o filmie! Nigdy potem tak wielki artysta nie potraktował mnie w podobny sposób.

W Starym Teatrze załatwił wszystko – on sam, nie jego asystenci. Potem zaczęła się praca.

– Nikt nie śmiał się odezwać na planie – wspominał Globisz. – Ten film uważam za jedną z najważniejszych rzeczy, jakie w życiu zrobiłem. Pamiętam najgorszą scenę rozmowy w więzieniu – tę, w której mówi się o siostrze przejechanej przez pijanego traktorzystę. Kręciliśmy ją bardzo długo, a klimat miejsca – pracowaliśmy w obrzydliwym więzieniu w Siedlcach – miał na nas ogromny wpływ. Siedzieliśmy w tej klatce i więźniowie byli bardzo grzeczni do momentu, kiedy się okazało, że jesteśmy aktorami. Wówczas przestali być sympatyczni, zaczęli się zwracać do nas opryskliwie, domagać się papierosów. Przestali się bać, mieli siłę, byli górą. Od tego czasu nie mam najmniejszych wątpliwości, czym jest kara śmierci – dokonującym się w majestacie prawa morderstwem. Chyba wolałbym prywatnie zlikwidować bandytę.

Śląskie korzenie

W „Pułkowniku Kwiatkowskim" Kazimierza Kutza zagrał Mieczysława Moczara. To był paradoksalny refleks dziejów śląskiej rodziny aktora. – Moczar wsadził do więzienia mojego dziadka ze strony ojca i gdy dostałem tę rolę, pomyślałem, że pojawia się szansa spłacenia jakiegoś długu dziadkowi – wspominał aktor.

Historia dziadka przypomina tę z „Rozmów z katem" Kazimierza Moczarskiego.

– Mój dziadek Piotr Globisz, Ślązak z Chorzowa, podzielił w czasie wojny los swoich ziomków. Ale przydzielony do Werkschutzu jednocześnie pod pseudonimem Żoli już od połowy 1941 roku współpracował z polskim ruchem oporu, przerzucając z niemieckich magazynów wytwórni broni amunicję i granaty, a później także papier i farby do powielania konspiracyjnej gazetki – opowiadał aktor. – W czerwcu 1943 roku ostrzegł Polaków przed wielką obławą w Pionkach. Dzięki niemu ocalało ponad 80 osób. Awansowano go na podporucznika AK, odznaczono Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Krzyżem Walecznych. Po wojnie we Wronkach, dziadek siedział w jednej celi z Niemcem, który wcześniej trzykrotnie wydał na niego wyrok śmierci. Zaprzyjaźnili się. Obaj dostali karę śmierci, na Niemcu ją wykonano, dziadka objęła amnestia. Później przez lata dostawaliśmy paczki z Niemiec od brata tego oficera, aptekarza; pamiętam, że mój ojciec chodził w koszulach non-iron.

Rodzice aktora mieszkali przy kopalni Wujek.

– Żeby dotrzeć do naszego bloku, trzeba było przejechać przez teren kopalni – opowiadał Globisz. – 16 grudnia 1981 roku dostałem zezwolenie na wyjazd z Krakowa do rodziców. Chciałem zobaczyć, co u nich, bo nie było przecież żadnego kontaktu telefonicznego. Przyjechałem o ósmej rano, musiałem wyjechać po południu. Spotkałem się z nimi, dostałem wałówę, stałem na przystanku w Ligocie i zaskoczyło mnie, że byłem jedynym mężczyzną na tym przystanku. Tłum kobiet, każda z nich miała menażkę; w pewnym momencie usłyszałem „tu-tu-tu-tu-tu". Kobiety natychmiast zaczęły mdleć, upadać, z rąk wypadały im menażki i siatki. To były strzały w kopalni, do której one jechały z obiadem dla mężów czy synów. Zapamiętałem to jako koszmar. Autobus nie pojechał już trasą przez teren kopalni, tylko objazdem. Do dziś pamiętam płacz kobiet, ich zawodzenie. Najbardziej niesamowite wydawało mi się, że w przeciwieństwie do mnie one od razu zorientowały się, że to strzały. Skąd wiedziały? Początek lat 80. wyglądał jak wojna: chłopcy w garażach robili koktajle Mołotowa, ludzie z okien mieszkań osiedla przy kopalni rzucali w milicję czym popadło: garnkami, mokrym praniem, resztkami jedzenia. Ta dziwna walka wydawała mi się bardzo piękna. To były smutne, tragiczne czasy, ale atmosferę owych zdarzeń zapamiętałem właśnie jako piękną.

Nowy teatr

Największą kreacją Krzysztofa Globisza ostatnich lat była postać Kmicica w „Trylogii" Jana Klaty. Od reżysera dostał zadanie, które oznaczało, że musi przebić ikoniczną rolę Daniela Olbrychskiego z filmu Jerzego Hoffmana.

– Daniela nie da się przebić – mówił mi skromnie. – Ale mogłem pokazać postać w krzywym odbiciu, z ironią. Nie jestem fanem Sienkiewicza, dlatego zdekonstruowałem jego bohatera. Ale że lubię wszystkie postaci literackie, chciałem, żeby pan Andrzej mimo wszystko był sympatyczny.

To, co Olbrychski mógł zagrać na wytresowanym kłusaku, Globisz wyczarował w teatrze elastycznym jak guma ciałem. Giął się w jeździeckich zwrotach, stawał dęba. Rżał, parskał, toczył pianę, chciałoby się powiedzieć: z pyska.

Niezwykła lekkość gry aktora wydobywała powierzchowność, lekkomyślność, a także głupotę narwańca Kmicica – w satyrycznym ujęciu. Globisz nonszalancko balansował głosem, z beztrosko uśmiechniętą, rozmarzoną miną. Tylko szkicował gesty, nie puentował ich, bo przecież pan Andrzej zaraz miał zmienić decyzję lub palnąć nowe głupstwo. Spalić Wołmontowicze? Pogonić łyczków? Proszę bardzo! Kiedy ma wybrać między Radziwiłłem a pułkownikami, biega to w jedną, to w drugą stronę. Oglądaliśmy aktorski balet na kanwie filmu.

Polski teatr po 1989 roku przeżywa bolesny podział, tak jak Polacy i polityczna scena. Krzysztof Globisz nie dzielił jednak teatru na nowy i stary, radząc sobie zarówno z klasyką, jak i nowoczesnością. W „Bitwie Warszawskiej 1920" Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego poszedł jeszcze dalej niż w „Trylogii". Grał Witosa, a jednocześnie generała Weyganda, księdza Skorupkę i szyfranta, który dostarczył Piłsudskiemu ważne informacje z bolszewickich depesz. W tej poczwórnej kreacji odbijał się jak w krzywym zwierciadle kicz ogólnikowego spojrzenia na historię, sprowadzania jej w kinie i teatrze do schematów.

Nawet najwybitniejsi aktorzy dystansujący się od nowego teatru, w tym Jerzy Stuhr i Jerzy Trela, którzy odeszli ze Starego Teatru, podkreślali, że Globisz jako jeden z nielicznych aktorów z dawnego zespołu potrafi stworzyć kreację w nowym języku teatralnym.

– Chcę uczestniczyć w tworzeniu nowego teatru – deklarował Globisz. – To dla mnie ciekawe, również dlatego, że wielu młodych reżyserów było uczniami naszej krakowskiej szkoły. Jednocześnie muszę powiedzieć, że czasami mam kłopoty ze zrozumieniem motywacji młodej generacji. Sens zadawania pytania „dlaczego?", które jest dla mnie ważne, bo pozwala mi wyjaśnić wiele spraw, został przez nią podważony. Dlatego kiedy reżyser nie daje odpowiedzi, pytam sam siebie. Efekt dziwności bywa ważniejszy niż logika. Kiedyś reżyserzy przychodzili na próby z konkretnym pomysłem. To nie znaczy, że wszystko mieli zapięte na ostatni guzik. Jednak wiedzieli, w jakim kierunku zdążają.

W nowym teatrze dopiero na próbach zaczyna się interpretować sztukę czy scenariusz.

– Zjawisko jest opisane przez współczesnych filozofów, którzy diagnozują kulturę jako mozaikę odpadów poddawanych recyklingowi – diagnozował Globisz. – Ale może młodzi reżyserzy mają tak rozwiniętą świadomość, że przeczuwają zjawiska, za którymi ja nie nadążam. Dlatego praca z nimi jest fascynująca. Nie da się grać jak kiedyś. Inna jest narracja, na pewno nie psychologiczna.

Globisz jak rzadko który artysta dystansował się też od polityki, chociaż miał różnie komentowany epizod podczas przywitania Donalda Tuska w Krakowie, kiedy był nad wyraz rozbawiony i frywolny.

– Wychodzę z założenia, że powinienem być apolityczny – powiedział. – Mam tak samo dobre stosunki z ludźmi prawicy i lewicy. A nawet prawicy prawicy i lewicy lewicy. Moja ocena człowieka nie ma nic wspólnego z jego światopoglądem. Może jestem naiwny, bo wypowiedzi niektórych moich znajomych o skrajnych poglądach są bardzo radykalne i nie zgadzam się z nimi. Mimo to doceniam wartość tych ludzi. Mają nietuzinkowe osobowości, przede wszystkim zaś siłę i determinację. Na przykład Bronek Wildstein ma radykalne poglądy, nie pochwalam tego, że ujawnił spisy teczek, a mimo to go cenię. Jego radykalizm jest potrzebny jako bicz na hipokryzję w życiu politycznym i społecznym: żebyśmy się nie zagłaskali, nie uwierzyli, że jest bardzo dobrze. A przy okazji to niezwykle uprzejmy i towarzyski człowiek. Spędziliśmy kilka miłych wieczorów w przeszłości.

W czasach, gdy aktorzy firmują swoją twarzą kredyty, lody, chrupki, plotkarskie pisemka, nie był zdecydowany w krytyce kolegów, jak kiedyś Andrzej Łapicki piętnujący za udział w reklamie, ale wyrażał swoje zdanie.

– Dla mnie aktor nie powinien mieć żadnej twarzy, chyba że prywatnie – mówił. – Idealnych aktorów nie pamięta się z ulicy, lecz ze sceny, ekranu. Aktor powinien być jak samuraj. Nie lansuje się publicznie, bo nie chce się zdradzić. Dopiero na polu walki wyjmuje miecz i robi swoje. Idealny aktor jest tak bogaty wewnętrznie, że nie można go jednoznacznie zaszufladkować. Ci, którzy eksponują się w mediach, to nie są aktorzy, lecz amatorzy. Możemy ich polubić, ale nie cenimy za profesjonalizm. Sprzedają siebie i własne emocje. Chciałbym być nierozpoznawalny. Dlatego ubieram się tak, żeby mnie nikt nie zauważył. Poczytywałem sobie za pewien rodzaj honoru, że byłem na liście najgorzej ubranych krakowian.

Globisz jest świadomy swojego talentu, ale i odpowiedzialności, która się z nim wiąże.

– Wiem, że go mam i nie mogę go zmarnować, bo popełniłbym grzech – deklarował. – Czuję, że powinienem się bardziej spełniać jako aktor teatralny. Mam nadzieję, że idzie taki czas, gdy będę grał coraz poważniejsze role.

Szedł. Globisz pracował coraz więcej, z coraz większym zaangażowaniem i organizm zaprotestował. Wypada mieć nadzieję, że rehabilitacja przywróci nam najważniejszego aktora swojego pokolenia. Następcę Tadeusza Łomnickiego i Gustawa Holoubka.

Plus Minus
Walka o szafranowy elektorat
Plus Minus
„Czerwone niebo”: Gdy zbliża się pożar
Plus Minus
Dzieci komunistycznego reżimu
Plus Minus
„Śmiertelnie ciche miasto. Historie z Wuhan”: Miasto jak z filmu science fiction
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Plus Minus
Irena Lasota: Rządzący nad Wisłą są niekonsekwentnymi optymistami