Z czym kiedyś kojarzyliśmy szkołę? Z pruskim systemem nauki, ławkowym drylem, mundurkami, białą kredą, a przy tym ze wszystkimi wygłupami, które miały miejsce zarówno w czasie lekcji, jak i po nich, nostalgicznie wspominanymi dziś przez starsze pokolenia. Choć bywało nudno, to – jak wynika z opowieści – było też nieraz zabawnie i raczej beztrosko.
A jaka szkoła jest dziś? Pisaki zastępują kredy, mundurki są passé, a pruski system, jak był, tak jest. Tylko że tych wygłupów też jakby mniej. Od polityków, ekspertów i prasy słyszymy, że uczniowie są przeciążeni programem, notorycznie zestresowani, a nawet że nienawidzą szkoły.
Słysząc, w jak strasznym stanie jest polska szkoła, kolejni ministrowie edukacji rzucają jej koła ratunkowe, najczęściej w postaci nowych przedmiotów. Nazywają je „reformami”, wprowadzają niemalże od razu, bez odpowiednio przeprowadzonych analiz, konsultacji i pilotaży, i obserwują, jak szkoła znowu staje się jednym z frontów polsko-polskiej wojenki. Bo niestety, o to właśnie chodzi.
Ostatnio m.in. do HiTu, edukacji zdrowotnej, usunięcia religii ze świadectw i edukacji obywatelskiej, znajdujących się na liście edukacyjnych „reform”, dołączyła dieta planetarna. Wszystkie te zmiany mają wspólny mianownik w postaci kontrowersji i bycia częścią gorących sporów światopoglądowych. Można nimi nakarmić elektorat i podkreślić swoją pozycję w jednym z obozów politycznych.
Tymczasem to, co najważniejsze, przytłumione przez ideologiczne spory, zdaje się umykać uwadze klasy politycznej czy w istotnym stopniu także środowisk eksperckich. Jesteśmy bowiem świadkami masowej, choć niewidocznej na pierwszy rzut oka, ucieczki z publicznego systemu edukacji.
W ciągu ostatnich 6 lat liczba uczniów uczęszczających do niepublicznych szkół podwoiła się. Przez ostatnią dekadę popularność edukacji domowej wzrosła dziesięciokrotnie. Rynek korepetycji urósł do szacunkowej wartości ok. 4 mld zł i nie zatrzymuje się.
Głębokie problemy publicznej szkoły – niedofinansowanie, braki kadrowe, wypalenie nauczycieli, słaba kondycja psychiczna uczniów, przestarzałe metody i wiele innych – znajdują ujście w postaci stopniowego wycofywania się uczniów z systemu. Odbywa się to różnymi ścieżkami.
Czytaj więcej
W szkołach rozpoczął się Tydzień o Przeciwdziałaniu Przemocy Rówieśniczej. Przez najbliższe dni uczniowie, nauczyciele i rodzice będą rozmawiać o h...
Część rodziców decyduje się przenieść swoje pociechy do szkół prywatnych, które mają gwarantować wyższy poziom nauczania i spersonalizowane podejście do ucznia. Inni wybierają edukację domową, która w teorii pozwala lepiej zadbać o potrzeby dziecka i jest mniej obciążająca od codziennej, publicznej szkoły.
Zarówno jedni, jak i drudzy, a także ci, którzy pozostali w publicznej szkole, zapewniają dzieciom drogich korepetytorów, zastępujących szkolnych nauczycieli. Korepetycje pozwalają nie tylko nadrobić szkolne zaległości, ale też przygotować się do państwowych egzaminów i znaleźć się na podium w tzw. wyścigu szczurów, którego nagrodą jest awans na kolejne szczeble edukacji – w rekrutacji do prestiżowych liceów i na najlepsze uniwersytety.
Prywatyzacja polskiej szkoły postępuje coraz szybciej
Czy rzeczywiście możemy mówić o masowości zjawiska prywatyzacji polskiej szkoły? Choć liczby nie zawsze szokują (a niekiedy tak), to tempo tego procesu jest zdecydowanie alarmujące. Widać to na przykładzie edukacji domowej i korepetycji.
W roku szkolnym 2019/2020 wybrało ją nieco ponad 11 tys. uczniów. Rok później ta liczba zwiększyła się do 20 tys., w trzy lata urosła do 33 tys., a w ciągu pięciu lat do ponad 62 tys. Za zdecydowaną większość nowych uczniów ED odpowiada wzrost popularności tzw. edukacji platformowej, czyli takiej, która odbywa się praktycznie w formie zdalnej.
Nie oznacza to jednak zdalnych lekcji, jak w czasie pandemii. Kontakt ucznia z systemem często ogranicza się jedynie do przyjścia na egzamin zaliczeniowy, a w to, w jaki sposób się uczy i czy w ogóle to robi, szkoła nie ingeruje. Dotychczas egzaminy mogły odbywać się w formie zdalnej, z wyłączeniem egzaminów maturalnych i ósmoklasisty (od tego roku nie jest to dłużej możliwe). Według Instytutu Badań Edukacyjnych wewnętrzne egzaminy końcoworoczne znacząco zawyżały poziom osiągnięć uczniów. Rodzic mógł więc widzieć czwórki, piątki i szóstki na świadectwie swojego dziecka, choć w rzeczywistości oceny te nie były zasłużone.
A korepetycje? Dziś zajęcia dodatkowe dla dzieci z własnych kieszeni opłaca 80 proc. rodziców, z czego co trzeci płaci za korepetycje i kursy przygotowawcze. Rynek korepetycji szacowany jest na 4 mld zł i rośnie w zatrważającym tempie 10-15 proc. rocznie.
Czytaj więcej
Jedna z kluczowych różnic pomiędzy piosenką ludową a piosenką popową polega na tym, że ta ostatnia rzadko dotyczy pracy. Wprost przeciwnie, muzyka...
Powszechne jest przeświadczenie, że bez korków nie da się osiągnąć sukcesu, szczególnie przed maturą czy egzaminem ósmoklasisty, bo szkoła do nich nie przygotuje. Poniekąd może być to prawdą – nie należy lekceważyć znaczenia przepełnionych klas i wypalonych kadr nauczycielskich. Jednocześnie korepetycje są oczywistym standardem w rzekomo topowych szkołach, które plasują się na szczytach prestiżowych rankingów, a także są na porządku dziennym w szkołach prywatnych.
Nasuwa się jednak pytanie, dlaczego w zasadzie postrzegać prywatyzację szkolnictwa jako problem? Skoro publiczny system jest niewydolny, to może pozytywnie należy rozpatrywać zjawisko wzrostu popularności innych, skuteczniejszych form nauczania – czy to w szkole niepublicznej, czy w edukacji domowej. W końcu pomagają one odciążyć publiczną oświatę, wypełniając przy tym, również publiczną, misję nauczania kolejnych pokoleń. Niestety, jak zawsze zresztą, problem jest strukturalny i złożony.
Różnice między szkołami publicznymi i niepublicznymi będą się pogłębiać
Po pierwsze, przed realnym wyborem szkoły staje tylko ten, kogo na niego stać. Barierami ograniczającymi swobodny wybór są przede wszystkim wysokie czesne w prywatnych szkołach oraz geograficzna dostępność różnorodnych placówek. Niestety, dla większości polskich rodzin głębokość portfela i miejsce zamieszkania drastycznie zawężają wybór do darmowych i najbliżej położonych placówek.
Tymczasem różnice między publicznym a niepublicznym systemem będą jedynie się pogłębiać. Pieniądze z budżetu, wraz ze wzrostem liczby uczniów, płyną do prywatnych szkół coraz szerszym strumieniem. Jednocześnie publiczna szkoła nie jest w stanie konkurować z prywatną w walce o najlepszych nauczycieli na rynku. W systemie publicznym będzie ich coraz mniej, co odbije się na tych, dla których prywatna szkoła nie jest alternatywą.
Już dziś te nierówności są niezwykle widoczne. Uczniowie z największych miast zyskują lepsze wyniki z egzaminów państwowych od uczniów z tzw. „Polski powiatowej”.
Czytaj więcej
22 uczniów w całej szkole. Albo 40 na 23 nauczycieli. Niewiarygodne? Ale prawdziwe. Dzieci w Polsce ubywa, samorządowcy są zmuszeni podejmować trud...
Uczniowie warszawskich szkół w 2026 r. osiągali średnio o ponad 13 p. proc. wyższe wyniki z egzaminów ósmoklasisty od tych, którzy uczęszczali do pozostałych szkół w województwie. Podobne różnice występowały między innymi miastami wojewódzkimi, np. w Lublinie, Białymstoku i Kielcach, wyniki z egzaminów z matematyki i angielskiego były średnio wyższe o 12-13 p. proc. niż w innych miastach z woj. lubelskiego, podlaskiego i świętokrzyskiego.
W największych miastach również ulokowane są najlepsze, według popularnych rankingów, szkoły. W rankingu Perspektyw wśród 100 najlepszych liceów w Polsce 80 znajduje się w 20 największych miastach, w tym aż 34 w samej Warszawie, a 4 w jej bliskich okolicach – w Milanówku, Józefowie, Pruszkowie, Piasecznie. W rankingu serwisu waszaedukacja.pl w pierwszej setce 75 proc. szkół położonych jest w największych ośrodkach, a w pierwszej pięćsetce 55 proc., z czego 22 proc. to szkoły położone w stolicy lub w jej pobliżu. W obydwu zestawieniach odsetek szkół prywatnych utrzymuje się na stabilnym poziomie, lekko ponad 20 proc.
Uczniowie topowych, wielkomiejskich szkół przodują również w olimpiadach. Dość powiedzieć, że 24 proc. laureatów i finalistów tegorocznej ogólnopolskiej olimpiady matematycznej stanowili uczniowie jednego warszawskiego liceum. Na łamach „Rzeczpospolitej” zjawisko to opisywał socjolog Grzegorz Zabłocki: „W ostatnich trzech latach ponad 70 proc. laureatów Olimpiady Matematycznej Juniorów stanowili uczniowie szkół podstawowych z wielkich miast, a tylko 7 proc. uczniowie wiejskich szkół podstawowych. A przecież w tym czasie wśród ogółu uczniów szkół podstawowych uczniowie szkół z wielkich miast stanowili 17 proc., a uczniowie szkół wiejskich – 37 proc”.
Dzieci zamykane w bańkach od najmłodszych lat
Wyniki egzaminów, rankingi i olimpiady stanowią tylko ułamek tego, czym w rzeczywistości jest szkoła. Skupiając się wyłącznie na przysłowiowym „wyścigu szczurów”, czyli mierzeniu osiągnięć naukowych uczniów, łatwo zapomnieć o jej, w mojej opinii, być może nawet ważniejszej, społecznej roli.
To między innymi w szkole, od najmłodszych lat, dzieci kształtują swoją osobowość, charakter i postrzeganie świata. Wykuwają je w interakcjach z rówieśnikami. To, z kim mają do czynienia i jakie jest ich otoczenie, ma niezwykle istotny wpływ na to, jak będą później postrzegać świat. Im bardziej różnorodne ono będzie, tym obraz rzeczywistości kształtujący się w ich głowie będzie bogatszy. Im bardziej wyselekcjonowane, tym będzie węższy, ograniczony do bańki, w której się znajdują.
Dotychczas publiczna szkoła była jedną z nielicznych, ostatnich przestrzeni, w których codziennie spotykało się całe społeczeństwo. Dzieci biedniejszych i zamożnych, konserwatystów i liberałów, katolików i ateistów, pochodzących z miasta i ze wsi, z wyższym wykształceniem i bez niego – wszyscy w jednej klasie.
Gdy zamożniejsi odchodzą, środowiska szkolne zaczynają kształtować się według podziału majątkowego i światopoglądowego. Tak już na wczesnym etapie życia dzieci zamykane są w bańkach. W drogich, prywatnych liceach na Wilanowie, do których uczęszczają dzieci warszawskich prawników i lekarzy, czy w niepublicznych szkołach katolickich, o jasno określonym światopoglądzie. A ci, których nie stać, zostaną we własnym gronie, w którym niełatwo będzie zdobyć (z perspektywy praktycznej) wartościowe kontakty na przyszłość i wspiąć się na wyższe szczeble w drabinie społecznej.
Era cyfrowa jeszcze pogłębia to zjawisko. Przez „Smartwicę” (określenie oznaczające uzależnienie od platform społecznościowych, powstało z połączenia słów „smartfon” i „martwica” – red.) nie tylko trudniej przychodzi budowanie relacji, ale również trudniej wydostać się z polaryzujących baniek, w których zamykają media społecznościowe. A przecież młodzi ludzie są na nią szczególnie podatni – tak jak również na radykalizację.
Dlaczego o ucieczce z publicznej szkoły zbyt wiele się nie mówi? Być może dlatego, że „rozpad wspólnoty edukacyjnej przebiega po linii innej niż znane nam i organizujące społeczną wyobraźnię podziały ideologiczne” – czytamy w raporcie Klubu Jagiellońskiego na temat edukacji. I dalej: „reprezentanci prawicowych establishmentów posyłają dzieci do konserwatywnych placówek, chroniących przed lewicową indoktrynacją, a przedstawiciele postępowych elit do szkół liberalnych, dostępnych i popularnych w dobrze sytuowanych kręgach wielkomiejskich”. Podział nie jest taki, jak oczekiwaliby politycy – na prawicę i lewicę. W związku z tym ciężko, może wręcz nieswojo, wziąć na partyjne sztandary walkę z prywatyzacją szkoły.
Czytaj więcej
Od 1 września 2026 r. wejdą w życie nowe ramowe plany nauczania MEN. Kluczowe zmiany to obowiązkowa edukacja zdrowotna, dwugodzinne bloki lekcyjne...
Ministerstwo widzi te zagrożenia, ale pozostaje wobec nich bierne. Raport Najwyższej Izby Kontroli z ubiegłego roku wykazał, że pomimo dynamicznego wzrostu liczby uczniów w edukacji domowej, resort nie przeprowadził analiz przyczyn i skutków tego zjawiska. Z dokumentu wynika też, że pomimo próśb ze strony Szkoły w Chmurze, MEN nie chce spotkać się z największym graczem na rynku edukacji domowej.
Dlaczego MEN nie refermuje edukacji?
Odpowiedzią na pytanie, dlaczego MEN nie podejmuje się przeprowadzania głębokiej reformy szkoły, może być fakt, że to po prostu niezwykle wymagające, rozłożone w czasie i niewdzięczne polityczne zadanie. Co prawda propozycji reform podawanych przez edukacyjnych znawców i ekspertów nie brakuje. Od uszczuplenia i przemodelowania podstawy programowej, przez zmiany w modelu nauczania po różnicowanie wysokości subwencji oświatowej dla szkół publicznych i prywatnych.
Pracując nad raportem w Klubie Jagiellońskim, doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy mądrej regulacji, która ograniczy drenaż publicznego systemu, ale pozostawi pole do eksperymentu i utrzyma w pełni konstytucyjne prawo rodziców do decyzji o edukacji ich dzieci. Wypracowanie jej powinno być wspólnym wysiłkiem państwa i społeczeństwa. Postanowiliśmy uczynić więc pierwszy krok, analizując obecny stan polskiej szkoły i stawiając diagnozy, a także wychodząc z kilkoma rekomendacjami. Zdajemy sobie sprawę z tego, że mogą wymagać one krytycznego spojrzenia. Dlatego zachęcamy do wzięcia udziału w szerokich konsultacjach społecznych naszego raportu i podzielenia się własnymi doświadczeniami i pomysłami na naprawę polskiej szkoły.
Nie możemy lekceważyć roli jakościowej, powszechnie dostępnej edukacji w ostatnich dekadach rozwoju polskiego państwa. Prof. Marcin Piątkowski w swojej książce „Złoty wiek. Jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka ją przyszłość” podkreśla, że to szeroki dostęp do dobrej jakości oświaty był jedną z głównych sił napędowych inkluzywnego wzrostu w naszym kraju. Zachowanie status quo będzie pogłębiać nierówności i osłabiać edukacyjny motor rozwoju. W czasach, w których demografia będzie wymagała od nas coraz lepszego wykorzystania potencjału każdego młodego człowieka, nie możemy do tego dopuścić.
Michał Radziszewski
Publicysta i redaktor Klubu Jagiellońskiego. Współautor raportu „Ucieczka ze szkoły. Jak powstrzymać kryzys publicznej edukacji?”