Bliżej nieokreślone miasto w Stanach Zjednoczonych. Zniszczona życiem, uzależniona od alkoholu detektyw Lois Tryon stara się wykonywać swoją pracę najlepiej, jak może. Nie ułatwia jej tego fakt, że jest apodyktyczna, skłócona ze środowiskiem i bardzo często pijana. Jej życie osobiste znalazło się w rozsypce, w szpitalu w stanie wegetatywnym leży jej mąż, a córka jest uzależniona od jedzenia. Tak, „Makabreska” nazywa rzeczy po imieniu i gdzieś wprost pada w dialogu stwierdzenie, że alkoholizm matki i kompulsywne jedzenie córki należą do tej samej kategorii uzależnień. Znaczną cześć serialu zajmuje właśnie drobiazgowa wiwisekcja życia Tryonów, wzajemnych skrzywdzeń, ran i konsekwencji podjętych działań. Z początku niezrozumiała oschłość Lois względem męża leżącego w śpiączce z czasem staje się zrozumiała. Sympatia widza raz jest zaś po stronie męża, raz po stronie bohaterki.
Ale to tylko jedna ze stron „Makabreski”. W mieście bowiem dochodzi do serii wynaturzonych zbrodni. Zmontowanych i zaaranżowanych w iście komiksowej formie. Oszczędzając czytelnikom okropności, jakie mają tam miejsce, wystarczy powiedzieć, że miejsca zbrodni są zbliżone do okładek deathmetalowego zespołu Cannibal Corpse. Brutalność jest groteskowa, przerażająca i przesadna, a w pewnym momencie staje się wręcz nierealna. Każda kolejna zbrodnia podbija jeszcze tylko ten efekt.
Miasto, w którym dzieje się akcja, nie jest nazwane ani zlokalizowane. Trochę jednak przypomina Detroit, zniszczone, przeżywające załamanie, trawione epidemią bezdomności, upadkiem moralności oraz z Kościołem katolickim w tle – przeżywającym kryzys odpływu wiernych.
Detektyw Lois w rozwiązywaniu sprawy zaczyna pomagać siostra Megan Duvall, która razem z księdzem Charliem Mayhew dzieli fascynacje seryjnymi mordercami. Siostra Duvall przypomina nieco postać siostry Steve z serialu „Detektyw w sutannie”, ale została narysowana mocniejszą kreską – niezdrowo zafascynowana zbrodnią, zarazem infantylna i przenikliwa. Wraz z pojawieniem się siostry Duvall serial skręca w stronę cringe’u, który powiększa się z odcinka na odcinek. Wydarzenia są coraz dziwniejsze, rozmowy coraz bardziej niepokojące. Jest ksiądz proponujący portal Onlyfans dla par, aby uratować Kościół. Jest pielęgniarka zakochana w pozostającym w śpiączce mężu głównej bohaterki. Jest i dziura pośrodku pustyni z bulgoczącą lawą. A na horyzoncie majaczy nadchodząca apokalipsa. Z odcinka na odcinek logika serialowego świata coraz bardziej się rozsypuje. Wchodzą do niego wydarzenia i motywy jakby z innej kategorii. A jednocześnie konsekwentnie i bardzo szczegółowo prowadzony jest wątek relacji rodzinnych.
„Makabreska” staje się tym samym niejako potworem Frankensteinem, w którym wątki zszyte są ze sobą w groteskową całość. Całkowita jazda bez trzymanki. Sceny poważne i przejmujące wymieszane są z absurdalnie brutalnymi i niedorzecznymi. Postacie zmieniają się z poważnych w komiczne i na odwrót.
Taka forma może odrzucić widzów, zwłaszcza że momentami dialogi stają się przegadane, a akcja robi się chaotyczna. Takie poczucie można mieć do czasu, póki nie znajdziemy klucza do całej tej opowieści. Ten zaś jest umiejętnie porozrzucany po całym serialu i w momencie, w którym widz odczyta, co się tak naprawdę dzieje (ostateczną, całkowicie logiczną odpowiedź otrzymuje w połowie ostatniego odcinka), cały ten cringe przestaje być nieczytelny, nawet przegadane i niejasne dialogi stają się zrozumiałe – oczywiście w ramach przedstawionego świata.
Ale w „Makabresce” jest coś więcej, za sprawą opowieści, że prawdziwym horrorem jest relacja rodzinna głównej bohaterki, a nie zbrodnie, które w dziwny sposób korespondują z jej życiem prywatnym. Nie przypadkiem produkcja została zakwalifikowana jako dramat i horror jednocześnie. Zarazem odważnie porusza tematy tabu i jest w swoim przekazie zaskakująco konserwatywna.