Reklama

Jan Maciejewski: W obronie szafotu

Podczas publicznych egzekucji chodziło o odzyskanie, zawsze kruchej, równowagi między codziennością, ustalonym porządkiem a rozrywającym go przebłyskiem radykalnego zła. Rachunek był ustalany nie między ofiarą a sprawcą, tylko tym ostatnim i społeczeństwem.
Jan Maciejewski: W obronie szafotu

Foto: Fotorzepa/ Robert Gardziński

Nie pamiętam tego słowa, nie udało mi się go też odnaleźć w żadnym z przewodników ani książek historycznych. W pamięci zostało mi tylko jego brzmienie – kląskające, soczyste i jednocześnie treściwe. Coś jak skrzyżowanie nazwy włoskiej wędliny i nazwiska renesansowego malarza. Musiała być trochę onomatopeją, zawierać w sobie odgłos pękającej czaszki i rozbryzgującego się na cztery strony świata mózgu. Posiadać ciężar młota spadającego na głowę skazańca i jednocześnie śpiewność – język włoski to w końcu nic innego jak nuty przełożone na litery, melodie na zdania. A jakie brzmienie ma lot narzędzia, którym wykonuje się karę śmierci? O tym wiedziało tylko ich dwóch – ten będący ręką społeczeństwa wymierzającego sprawiedliwość i drugi, który przez swój czyn się z niego wykluczył.

Pozostało jeszcze 82% artykułu

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama