Plus Minus: Obrońcy Lecha Wałęsy widzą symetrię między przywódcą „Solidarności" a Józefem Piłsudskim. Marszałek miał w swym życiorysie fakt współpracy z obcym wywiadem, ale nie powinno to mieć wpływu na ocenę jego wielkich dokonań – to słowa profesora Tomasza Nałęcza. Przed wojną endeccy przeciwnicy co rusz wyciągali Marszałkowi agenturalną przeszłość, sugerując, że może on być sterowany z obcej stolicy. Co więcej, podobno dążył on do zatarcia śladów swej współpracy, niszczył dokumenty, a także utrudniał życie ludziom, którzy w jego przeszłości grzebali.

Tak, a w czasie wojny 1920 roku rozpowszechniano pogłoskę, że Belweder, gdzie rezydował Piłsudski, łączy tajna linia telefoniczna z dowództwem atakującej armii bolszewickiej... W tych bardzo skomplikowanych czasach pojawiały się i tego typu sugestie. A mówiąc na poważnie, to rzeczywiście istnieje olbrzymia, licząca ponad tysiąc stron praca Ryszarda Świętka pt. „Lodowa ściana" poświęcona związkom Józefa Piłsudskiego z wywiadami Japonii, potem Austro-Węgier, a na końcu również Niemiec.

Pan jako biograf Piłsudskiego recenzował tę pozycję.

Czytaj także:

I wiele jej zarzuciłem. Zresztą nie tylko ja miałem różne wątpliwości natury warsztatowej. Praca ta wywołała szeroką polemikę naukową, w której głos zabrali także naukowcy z innych krajów, choćby z Japonii. Dla porównania, fundamentalna pozycja dotycząca zależności pomiędzy Lechem Wałęsą a Służbą Bezpieczeństwa, jaką była praca Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, z taką polemiką, a przede wszystkim podważaniem warsztatu historycznego autorów czy błędnej interpretacji źródeł, się nie spotkała.

Przejdźmy do meritum. Czy Piłsudski był agentem tajnych służb?

Piłsudski działał w zupełnie innych realiach niż Wałęsa. Nie było wtedy państwa polskiego, a on to państwo starał się za pomocą najrozmaitszych metod wywalczyć. Wszelkie jego działania od samego początku miały na celu odzyskanie przez Polskę niepodległości. Stopień ryzyka, jakie ponosił, był nieporównywalny z ryzykiem ponoszonym przez Wałęsę. W trakcie tych działań Piłsudski rzeczywiście miał kontakt z różnymi służbami. Najpierw, poprzez współpracę z wywiadem Japonii, próbował zainteresować japońskie gremia polityczne, by podniosły sprawę polską na arenie międzynarodowej. Fundusze pozyskiwane od japońskiego wywiadu wykorzystywał na prowadzenie realnej walki z carskim imperium.

Na czym polegała współpraca z Japończykami? Podobno działacze PPS pełnili w Rosji jakąś służbę szpiegowską na rzecz japońskiego kontrwywiadu Kempeitai.

Rozpoznawali sytuację np. na Kolei Transsyberyjskiej, ale w zasadzie głównym zadaniem pepeesowskich bojówek było prowadzenie różnych akcji dywersyjnych. To świetnie opisuje Ryszard Świętek i pokazuje, o co Piłsudskiemu w tym wszystkim chodziło. On kierował ruchem rewolucyjnym, co w owym czasie było równoznaczne z dążeniem do kolejnego powstania antyrosyjskiego. Dlatego po klęsce rewolucji w Królestwie z 1905 roku i powrocie na tzw. bazę galicyjską musiał mieć jakąś osłonę. Osłonę polityczną zapewniali galicyjscy politycy, zwłaszcza ówczesny namiestnik Michał Bobrzyński, ale Piłsudski i kierowany przezeń ruch strzelecki mieli także szeroką osłonę z racji kontaktów z wywiadem.

Głównie z wywiadem austro-węgierskim.

Ten kontakt był momentami bardzo ścisły. Z tym że, co warto podkreślić, sam Piłsudski nigdy nie został zarejestrowany jako agent. Notabene Świętek, pisząc o tej współpracy, nie pofatygował się nawet do wiedeńskich archiwów, gdzie zachowały się dokumenty w tej sprawie. W Kriegsarchiv jako agent figuruje np. Walery Sławek, ale nie Józef Piłsudski.

Tutaj mowa o formalnym rozróżnieniu, kim dokładnie jest agent. Ale chyba nie to jest najważniejsze...

W każdym razie z zachowanych w Wiedniu dokumentów jasno wynika, że nie tyle sam Piłsudski, ile jego bliscy współpracownicy świadczyli różne usługi na rzecz wywiadu austro-węgierskiego. Najmniej poświadczona jest jego współpraca z wywiadem niemieckim. W zasadzie to były kontakty bardziej o charakterze politycznym. Moim zdaniem najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Piłsudski działał bardzo konsekwentnie i wszystkie ruchy, które wykonywał, były podporządkowane głównemu celowi – niepodległej Polsce. On cały czas, jako działacz, polityk, zachowywał pełną podmiotowość. To nie było tak, że dał się wciągać służbom w ich finezyjną rozgrywkę, że realizował czyjeś cele.

Dlaczego więc Piłsudski o tej współpracy agenturalnej nigdy nie opowiadał publicznie?

To były układy, o których niechętnie mówił z wiadomych powodów: nie chciał się narażać na ataki przeciwników politycznych, którzy wcześniej inaczej widzieli najlepszą drogę do odzyskania przez Polskę niepodległości. Ale absolutnie jego współpraca nie polegała na jakimś uzależnieniu się od obcych ośrodków.

Skoro był czysty jak łza, to dlaczego w zasadzie do końca życia – jak twierdzi Świętek – zacierał ślady tej współpracy?

Te insynuacje oparte są na domniemaniach i po części na pewno także na złej wierze autora. Między bajki można włożyć popularne opowieści, że Piłsudski wykupił cały nakład „demaskatorskiej" pracy o sobie, a później próbował zniszczyć życie autorowi tego dzieła. Endecy opowiadali, jak to niszczył dokumenty poświadczające jego niecne uczynki czy jak to odkupywał od Austriaków swoje akta. Ale w wiedeńskich archiwach dokumenty się przecież zachowały. Nie miało tam miejsca żadne wyrywanie kartek, jak to się działo w latach 90. w Polsce. I z tych dokumentów naprawdę nie wynika nic pogrążającego Marszałka. Na pewno nie pisał donosów na swoje otoczenie, nie pobierał za to pieniędzy.

Na poparcie tezy, że Piłsudski może być sterowany np. z Berlina, endeccy przeciwnicy często wysuwali argument, że na Śląsku robił wszystko, by Ślązacy odwrócili się od Polski i zwrócili w kierunku Niemiec. Zarzucano mu nawet konfiskowanie opozycyjnej prasy z antyniemieckimi artykułami, np. krytykującymi... Adolfa Hitlera. Niemcy mieli niby utrzymywać u polskich sterów swojego agenta, by zajmował się on wyłącznie Rosją. I Piłsudski rzeczywiście miał duże parcie na Wschód...

To absolutne nieporozumienie. Gdzie wychowano sobie tego szpiega: w Magdeburgu?! Przypomnę, że Marszałek bardzo źle wspominał epizod z 1917 roku, gdy Niemcy więzili go w tamtejszej cytadeli. Na początku lat 30. uszczypliwie skomentował to przy ambasadorze Rzeszy. Stwierdził, że choć dobrze mówi po niemiecku, to z mocnym magderburskim akcentem, co było jak najbardziej zrozumiałą aluzją. Swoim najbliższym współpracownikom zresztą często powtarzał, że nikomu nie wierzy, a na pewno nie wierzy Niemcom. Natomiast ten problem z jego tzw. parciem na Wschód to teza powielana szczególnie w czasach PRL. Powtarzano wtedy, że Piłsudski, zamiast walczyć o ziemie zachodnie, parł wyłącznie do awantur na Wschodzie, i to wszystko oczywiście w interesie obszarników, co o mały włos nie zakończyło się dla Polski tragicznie...

Sęk w tym, jak zauważali nie tylko peerelowscy propagandyści, ale i przeciwnicy polityczni Piłsudskiego z międzywojnia, że ta awantura na Wschodzie naprawdę mogła się zakończyć koszmarnie dla nowo powstałego państwa polskiego.

Zakres aspiracji terytorialnych Polski z początków niepodległości najprecyzyjniej oddaje ordynacja wyborcza z końca listopada 1918 roku, a więc z okresu, gdy Piłsudski sprawował urząd tymczasowego naczelnika państwa. Wymienione są w niej wszystkie ziemie, na których państwo polskie powinno się znaleźć, i to jest lektura, którą warto polecić wszystkim krytykom Piłsudskiego. Pokazuje ona cały obszar przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, na którym w dalszym ciągu mieszkali Polacy, ale także miejsca, które wykraczają poza ten obszar, jak Górny i Średni Śląsk, a także szeroko rozumiane Kaszuby. Na zachodzie Piłsudski był bardzo mocno ograniczony ustaleniami, które zapadły podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Natomiast na wschodzie Polska mogła kształtować i prowadzić w miarę suwerenną politykę. I stąd właśnie wzięły się działania wojskowe, które ostatecznie doprowadziły do uformowania się tzw. granicy ryskiej. To nie Piłsudski wybrał sobie ten wschód, ale po prostu realia polityczne były takie, że to tam można było jeszcze coś ugrać.

Wróćmy jednak to tego nieszczęsnego Hitlera. Cenzura krytyki Hitlera może i nie jest dobrze udokumentowana, ale nie ulega wątpliwości, że kanclerz Rzeszy wiele razy pozytywnie wypowiadał się o Piłsudskim, nawet już po jego śmierci. Dość przypomnieć słynne zdanie, że gdyby Piłsudski żył, do wojny by nie doszło. A zamówiona przez polską ambasadę w Berlinie msza święta tuż po śmierci Marszałka była jedyną, w której Hitler wziął oficjalny udział jako przywódca. Co więcej, w okupowanym Krakowie Wehrmacht wystawił przy grobie Marszałka wartę honorową...

To wszystko były posunięcia o czysto propagandowym charakterze. Warto wszakże pamiętać, że w latach 30. polityka, którą Polska starała się prowadzić – w pełni suwerenna polityka, co warto podkreślić – polegała przede wszystkim na tym, by unikać układów zbiorowego bezpieczeństwa, bo dla suwerenności Polski mogły one okazać się groźne. Najlepiej ukazują to pomysły z tzw. wschodnim Locarno (układ z 1929 roku pomiędzy ZSRS, Polską, Estonią, Łotwą i Rumunią, do którego później dołączyła jeszcze Turcja – red.). Piłsudski postawił na kontakty o charakterze bilateralnym. Najważniejsze z nich były oczywiście pakt o nieagresji z ZSRR i deklaracja o niestosowaniu przemocy z Niemcami. Można tę politykę nazwać polityką równowagi czy równej odległości. Jej istota polegała na tym, że w przypadku, gdy dochodziło do zaognienia sytuacji z jednym wielkim i wrogim nam sąsiadem, czyli niejako ten dystans z jednej strony się zwiększał, to wtedy staraliśmy się skracać dystans z drugim wielkim i wrogim nam sąsiadem, by te stosunki utrzymywać w pewnej równowadze. Dlatego gdy pogarszały się nasze stosunki z Moskwą, uśmiechaliśmy się do Berlina, mimo że to był przecież wróg. A wszelkie gesty, jakie po śmierci Marszałka wykonywał niemiecki dyktator, miały uzmysłowić Beckowi i Polakom, że nie powinni odrzucać niemieckich propozycji, że Piłsudski postąpiłby inaczej i wcale nie szedłby na wojnę z Niemcami.

Czy tak by rzeczywiście było?

Wiemy jedynie, że Piłsudski przewidywał, iż w końcu lat 30. dojdzie do jakiegoś zaognienia sytuacji. Nie nastawiał się jednak na to, że zostanie zawarty tak dziwny sojusz jak ten między stalinowską Rosją a hitlerowskimi Niemcami, choć i tej ewentualności nie wykluczał. Z tym że planów obrony przed oboma wrogami naraz nie opracowano, a sam Piłsudski pytany przez członków sztabu, co się stanie w takiej hipotetycznej sytuacji, według anegdoty miał odpowiedzieć: „Wtedy będziecie się, panowie, bronili szablami na placu Saskim". Co by się zatem stało, gdyby Marszałek dożył 1939 roku, naprawdę nie wiemy...

Podsumowując, rozumiem, że zgadza się pan po części z profesorem Nałęczem, że choć Marszałek miał w swym życiorysie fakt współpracy z obcym wywiadem, to nie powinno to mieć wpływu na ocenę jego wielkich dokonań?

Fakt tej współpracy wcale nie był ani ukrywany, ani wymazywany z historii. Piłsudski nie twierdził, że nie współpracował z Japończykami, że nie wykorzystywał relacji z wywiadem austro-węgierskim, że nie wchodził w kontakty z niemiecką Rzeszą. Celem tych działań była niepodległa Polska, i to Piłsudski rzeczywiście osiągnął, nikt mu tego nie może odebrać. Ta współpraca ze służbami w żaden sposób nie jest dla niego obciążająca. O ile zatem profesor Nałęcz ma oczywiście rację co do Piłsudskiego, o tyle konkluzja, do której dochodzi, zestawiając z nim Lecha Wałęsę, jest już kuriozalna. To są całkowicie nieporównywalne sytuacje. Zestawianie ze sobą tych dwóch postaci jest olbrzymim nadużyciem. To jest może i zrozumiałe, gdy taki wątek podnoszą politycy, ale kompletnie niezrozumiałe, gdy sprawę tak stawia historyk!

Lech Wałęsa mówi, że coś tam mógł podpisać; nie przyznaje się, że przyjmował za współpracę pieniądze, i cały czas podkreśla, że prowadził swoistą grę ze Służbą Bezpieczeństwa. Już w 1970 roku podobno wiedział, że celem jego działań ma być obalenie komunizmu, i jeżeli nawet musiał podejmować decyzje, o których dziś nie chce opowiadać, to wszystko to robił wyłącznie po to, by komunizm obalić. I też w końcu udało mu się cel osiągnąć, czego podobno nie można mu odebrać. To niepodobna sytuacja?

Jeżeli naprawdę uznamy rolę sprawczą Wałęsy za podstawowy czynnik w obaleniu komunizmu, to taka teza będzie nawet jakoś do obrony. Natomiast jeżeli sięgniemy do dokumentów, które się zachowały, to zauważymy dość istotne różnice między tym, co się przyjęło twierdzić, a tym, jak było naprawdę. Dość oczywiste jest, że w latach 70. Wałęsa nie tworzył organizacji, która miała na celu walkę o niepodległą Polskę. Dopiero później trafił do już istniejących struktur. Na czym więc miała polegać ta jego gra ze Służbą Bezpieczeństwa w latach 70.? To była przecież współpraca polegająca na pisaniu donosów i czerpaniu z tego profitów. Gdy Piłsudski rozpoczął swoją grę ze służbami, miał już za sobą lata walki o niepodległość, zesłanie syberyjskie, więzienie, z którego zdołał uciec, i redagowanie „Robotnika". I mamy teraz na tej samej płaszczyźnie stawiać autora donosów i przywódcę niepodległościowej konspiracji? Co mógł niby ugrać Wałęsa w kontaktach ze służbami, poza niezłym jak na owe czasy dodatkowym „wynagrodzeniem"?

Dobrze, ale może mimo wszystko ta współpraca nie musi wcale mieć rozstrzygającego wpływu na ocenę jego wielkich dokonań. Jak to wyważyć?

Każdą postać należy rozpatrywać w sposób całościowy. Ta bardzo przykra zależność od Służby Bezpieczeństwa źle świadczy o motywacjach Wałęsy w pierwszej połowie lat 70. Jednak jeśli był on w stanie później wyrwać się z tej zależności, jeżeli rzeczywiście przeszedł na drugą stronę, to też waży na ocenie tej postaci. Na pewno tę jego rolę z lat 80. można docenić i szanować. Ale później są jeszcze lata 90., gdzie mamy do czynienia już z innym Wałęsą. Ta faza jego życia polegała na udowodnionym niszczeniu dokumentów, na matactwie i krętactwie, co było absolutnie nie do przyjęcia. Także dzisiaj trudno spokojnie patrzeć na jego megalomańskie występy. Wałęsa wielokrotnie miał szansę by zmierzyć się z niewygodną prawdą. Nie zrobił tego.

Czy przeszłość mogła mieć wpływ na późniejsze działania i decyzje Lecha Wałęsy?

Jeśli chodzi o lata 80., jestem skłonny uwierzyć, że być może świadomość istnienia na niego haków nie miała przełożenia na jego zachowanie. Przede wszystkim dlatego, że adresaci tego typu informacji, jeżeli zostałyby im one przekazane, po prostu by w to nie uwierzyli. Jednak zupełnie inaczej sprawa ta wyglądała w latach 90. Tu już było widać u Wałęsy strach przed ujawnieniem niewygodnej prawdy. A jeżeli widać strach, to z wysokim prawdopodobieństwem można założyć, że ten strach powodował zachowania korzystne dla osób, które wiedzą tą dysponowały. Sam jestem szachistą i wiem, że jest takie prawo szachowe: groźba jest zawsze silniejsza niż jej wykonanie...

Prof. Włodzimierz Suleja jest historykiem, wykładowcą Uniwersytetu Wrocławskiego, biografem Józefa Piłsudskiego oraz badaczem biografii politycznych i ruchów opozycji politycznej po II wojnie światowej, w tym historii „Solidarności". Był opozycjonistą, uczestnikiem wydarzeń marcowych 1968 roku we Wrocławiu. W roku 1989 wchodził w skład wrocławskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność", przygotowującego wybory parlamentarne 4 czerwca 1989 roku. W latach 2000–2013 był dyrektorem wrocławskiego oddziału IPN

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95