Mamy dwa Porozumienia z dwoma prezesami i dwojgiem rzeczników prasowych. Każda ze stron zwołuje ciała statutowe, powołuje się na ich uchwały (pytanie, ilu członków bierze w nich udział) i nie uznaje strony drugiej. Zaczęła się już nowa wojna o klucze do siedziby. Ale ta awanturka w stylu kanapowych partii z lat 90. ma przecież przełożenie na całą koalicję rządową. Skoro Jarosław Gowin ma za sobą 13 z 18 posłów, raczej nie da sobie zabrać szyldu, a na pewno nie bez walki. Za to sam jest w stanie pozbawić rząd Mateusza Morawieckiego większości. Wypada więc raz jeszcze powtórzyć: po co poddawać to testowi?
Może się uśmiechnął
Zwolennicy Bielana tłumaczą, że konflikt miał naturę wewnątrzpartyjną, że rozkręcał się od miesięcy. Że dążąc do pognębienia frakcji, która wiosną 2020 r. poparła w sprawie przełożenia terminu wyborów nie swojego prezesa, ale PiS, Gowin naruszał statut, aż w końcu odkryto przy okazji prawnych waśni, że sam od trzech lat nie jest prezesem.
I można by się nawet zgodzić: ta wojna ma samoistną wagę. Adam Bielan, związany z Kaczyńskim od lat (choć z kilkuletnią przerwą), czuł się bardziej obywatelem PiS niż jego mniejszego koalicjanta. W końcu zresztą to Gowin zaatakował pierwszy, popierając wniosek o zawieszenie swojego rywala w prawach członka partii.
Trudno jednak mówić o neutralności Kaczyńskiego. TVP wycięła ze swoich programów Gowina i jego ludzi. Prezentuje pod ich nieobecność wersję Bielana, a co więcej, oskarża prezesa Porozumienia o spiskowanie z opozycją. Te same, bardzo agresywne oskarżenia padały ze strony tak wpływowych polityków PiS jak Ryszard Terlecki. Takie rzeczy nie dzieją się poza wiedzą i wolą Naczelnika.
A gdy dodać plan wprowadzenia do zarządu TVP człowieka nie od Gowina, ale od Bielana... Tu raczej nie może być ciągu przypadków. Gowin, który skądinąd odpowiedział polityczną eksterminacją przeciwnej sobie frakcji w Porozumieniu w stylu samego Kaczyńskiego, mógł widzieć w tym wszystkim ofensywę przeciw sobie. Ofensywę nie tylko kolegów, ale też centrali z Nowogrodzkiej.
Nie wiemy, co powiedział Kaczyński Bielanowi, co najmniej przyzwalając na podjęcie tej rebelii u sojusznika. Może tylko się uśmiechnął? Zaskakujące jest zwłaszcza to, że nie nalegał choć na przesunięcie konfrontacji. Przecież zbiegła się ona ze zgłoszeniem podatku medialnego. Został on sprzedany jako priorytet, przejaw walki z medialną oligarchią. Z Gowinem w opozycji szanse na jego przeforsowanie spadły do zera, zanim debata porządnie się rozkręciła.
Możliwe, że Kaczyński nie przywiązuje do tego projektu zasadniczej wagi. To podobno koncept Morawieckiego. Ktoś podrzucił go premierowi. Czy chodziło o przypodobanie się Prezesowi? O przelicytowanie polityczno-medialnych radykałów spod znaku Jacka Kurskiego? A może o wciąż pokutującą w otoczeniu szefa rządu wiarę w przyszłe wykupienie TVN?
Jego doradcy wracali do tej idei wiele razy. Morawiecki, prąc do tej inicjatywy, nie zważał na nic. Na przykład na to, że telewizja Polsat, jedna z firm poszkodowanych podatkiem, skądinąd regularnie płacąca podatki, dawała mu głos w czasach, kiedy TVP Kurskiego systematycznie go wycinała.
Tak naprawdę władze PiS przestraszyły się rozmiarów medialnej krytyki, zwłaszcza kiedy okazało się, że cyfrowi giganci nie zapłacą nic lub prawie nic. Nie tylko ludzie Gowina, ale też frakcja Bielana, a w gruncie rzeczy i wielu prawowiernych pisowców nie chce tej awantury.
Opór Gowina pozwala się wycofać z twarzą, choć być może pojawi się próba ratowania resztek projektu. Na przykład poprzez opodatkowanie – na wzór austriacki – nie tyle reklamobiorców, ile reklamodawców. Pozwoliłoby to sięgnąć do kieszeni podmiotów korzystających z usług wielkich platform cyfrowych (one same są w dużej mierze poza zasięgiem polskich służb skarbowych). Pytanie z kolei, czy chce tego premier, bardzo bliski amerykańskiemu kapitałowi.
Nie wiemy, co tak naprawdę o tym myśli Prezes. Dał temu projektowi zielone światło, ale może nie zżył się z zamysłami karania mediów tak mocno,jak Morawiecki. A może na odwrót, z góry przewidział sprzeciwy Gowina, który całkiem niedawno udaremnił inny pomysł „twardogłowych" – na łatwiejsze ściąganie z Polaków opłat należnych z mandatów. Może akcja osłabiania Gowina była czymś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni? Skoro i tak nie mogę liczyć na twoje głosy, spróbuję cię przycisnąć zawczasu na twoim podwórku. Ze skutkiem nieoczywistym, ale też bez poczucia, że tracę coś bezpowrotnie. Bo straciłem już prawie przed rokiem.
Co się stanie z medialnym podatkiem? Dalibóg nie wiadomo. Ludzie związani z Bielanem przekonują na boku, że można dla niego, być może, znaleźć większość bez 13 posłów Gowina. Ale to się niespecjalnie składa. Kto miałby tych głosów dostarczyć? Kukizowcy? Za mało ich! Bardziej prawdopodobne, że obserwujemy kolejny przejaw utraty większości przez PiS. Pytanie tylko, na ile zostanie to oficjalnie potwierdzone. Z tego powodu, a także z dziesiątków innych, byłoby dla duetu Kaczyński–Morawiecki bezpieczniej odłożyć go ad acta. Z głośnym złorzeczeniem, że „tłuste koty" nie pozwoliły się opodatkować, a przecież chcieliśmy...
Wiecznie zdradzany
Oczywiście, całkiem możliwe, że lepiej, sprawniej kuszony Gowin nie sprawiałby aż takich trudności. Rzecz w tym, że dyplomacja coraz bardziej męczy i drażni Kaczyńskiego. Im mniej ma szabel, tym bardziej staje się skory do rządzenia przez karanie. I zachowuje się tak zwłaszcza wobec tych, którzy potrafią mu się postawić z miękkiej strony, których opory współbrzmią czasami z głosami opozycji i liberalnych mediów. Sytuacja Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry jest pod tym względem inna. Choć wpychają oni prezesa PiS na różne miny i rafy, choćby w sprawach europejskich, to jako prawicowi strażnicy świętego ognia mogą łatwiej liczyć na niechętną tolerancję.
Do chęci karania dochodzi podejrzliwość. Zwarcie Kaczyńskiego z Gowinem wiosną zeszłego roku kojarzy mi się z bajką Stanisława Lema o królu Murdasie. Wróżąca szafa przestrzegła władcę przed spiskiem w rodzinie. „Wybiła godzina – ścina się rodzina, Brat brata lub ciotkę, a kuzyn kuzyna, Bulgoce saganek – dochodzi bratanek" – padły złowróżbne słowa. W efekcie król wymordował krewnych, poza stryjem Menandrem. Ten wówczas już naprawdę przystąpił do spisku.
Kiedy Gowin zaangażował się w spór o majowy termin wyborów prezydenckich, wywołał taką falę podejrzliwości w PiS, że nie pozostało mu nic innego, jak podjąć rozmowy z politykami opozycji. Najbliżej mu było do liderów PSL – szukał gwarancji miejsc na listach, bo w momencie szybkiego rozwiązania parlamentu nie miałby skąd startować. A im bardziej szukał takich gwarancji bezpieczeństwa, tym bardziej utwierdzał Kaczyńskiego w przekonaniu, że jest „nielojalny". Było to wszakże możliwe tylko w takiej kulturze politycznej, gdzie każda różnica zdań staje się od razu „zdradą".
Kilka razy, zwłaszcza w okolicach roku 2015, zdawało się, że Jarosław Kaczyński takich odruchów się wyzbył. Ale nie, nawet kontrowersje z miękkim, zawsze nastawionym na kompromis prezydentem Dudą były objaśnianie piętrowymi spiskowymi symulacjami. Winny miał być ktoś z otoczenia prezydenta, kto kojarzył się z dawną Unią Wolności. W przypadku Gowina, który zawsze miał mocarstwowe aspiracje, wytworzenie takiego wrażenia było jeszcze łatwiejsze.
Czy naprawdę wicepremier kilkakrotnie rozmawiał z Donaldem Tuskiem? I kiedy? O czym? Po co? Wystarczyło, że ludzie Bielana przynieśli taką wieść na Nowogrodzką. Potem stała się ona tematem doniesień medialnych. Jeśli jest prawdziwa, to o co chodziło Gowinowi? O szukanie alternatywnych dróg? One i wiosną zeszłego roku, i teraz rysują się nader mgliście, ale w szczególności nie zależały nigdy od dawnego lidera Platformy Obywatelskiej. A może o blef, straszenie Kaczyńskiego pozorami trzymania dodatkowej talii kart?
Jeśli to ostatnie, efekt jest raczej odwrotny. Tak czy inaczej, patetyczna, pseudoromantyczna saga o wiecznie zdradzanym Prezesie doczekała się po prostu kolejnego rozdziału. Co zabawne, bohaterami poprzednich byli i Bielan, i Ziobro, ale kto by przywiązywał wagę do takich detali?
Palenie szczurów ze stodołą
Na razie wygląda na to, że mamy pat. Gowin, komplementowany mocno przez opozycję, może się jednak bać prawdziwych przedterminowych wyborów. Bo te komplementy nie przekładają się na miejsca na wspólnych listach. Z kim ludzie Gowina mieliby je dzielić, gdyby poszli z Koalicją Obywatelską, lub z jeszcze szerszym blokiem centrolewicowym? Ze zwolennikami Strajku Kobiet, może z samą Martą Lempart? To równie księżycowa wizja jak fantom „rządu technicznego" – od Konfederacji po Adriana Zandberga i jego skrajnie lewicowe koleżanki.
Ale z kolei dla PiS moment tych wyborów byłby wyjątkowo fatalny. Podczas największej erozji społecznego zaufania wywołanej coraz gorzej znoszonymi przez Polaków restrykcjami? W warunkach kampanii prowadzonej w takt narzekań na zatykający się system szczepień? Byłaby to akcja z politycznej metafory Amerykanów: „spalmy stodołę, żeby wykurzyć szczury". Czy warto ryzykować wyborczą porażkę, żeby ukarać „nielojalnych"?
Kaczyński wie, że Gowin wie. Ale też Gowin wie, że Kaczyński wie. Pytanie, jaką rolę pełni w tym przypadku racjonalna wiedza, a jaką emocje.
Zwolennicy Bielana nie rezygnują. Opowiadają, że gdyby doszło do ostatecznego konfliktu, w którym stawką byłyby szybkie wybory, większość posłów opuściłaby Gowina, a on zostałby z trzema, czterema osobami, takimi jak poseł Michał Wypij czy posłanka Magdalena Sroka. – To paradoksalny skutek jego dawniejszej skuteczności. Kilka lat temu działacze Porozumienia byli outsiderami. Teraz są ludźmi partycypującymi na różne sposoby we władzy, mają za dużo do stracenia – tłumaczy poseł z frakcji przeciwnej wicepremierowi. Przypomina, że kiedy decydowano, czy Gowin ma zerwać ze Zjednoczoną Prawicą i pójść z opozycją w roli marszałka Sejmu, dziewięciu posłów Porozumienia było za, a dziewięciu przeciw.
Tyle że obecnie decyduje się nie pójście z opozycją, ale obrona autonomii Porozumienia. Dziś zbuntowani posłowie mają poczucie, że w przyszłości i tak nie dostaną miejsc na listach PiS, więc to raczej ich upór zdaje się zabezpieczać przed najgorszym. Bo nikt nie zechce testować ryzyka, nawet Kaczyński. A czas na kapitulację buntowników chyba już minął. Dlatego ważny polityk bliski Morawieckiemu tłumaczy, że prawdopodobny jest finał bez przesilenia. Obie frakcje pozostaną w Zjednoczonej Prawicy, chociaż nie wiadomo, która pod takim szyldem. Bo czy sąd przyzna rację Bielanowi? Są jeszcze dodatkowe okoliczności. Gowin zalicytował wysoko, żądając odwołania z rządu przeciwnych sobie działaczy Porozumienia: wiceministrów Cieślaka, Gryglasa i Żalka. Ktoś tu może przegrzać, ale wciąż nie jest to przesądzone.
Pytanie o prawicę
Co taki podtrzymywany pat oznaczałby dla zdolności rządu do tworzenia własnej agendy? Jej bojowy, konfrontacyjny charakter staje się coraz mniej oczywisty. Gowin jest szczególnie trudny do obejścia, kiedy trzeba w kogoś uderzyć, czy są to media, czy sędziowie, czy zwykli Polacy unikający mandatów. Potrzebna byłaby więc rewizja celów, ale kto jest do niej zdolny, skoro zapiewajłą wojny z TVN i Polsatem okazał się premier, uchodzący za największego pragmatyka? Skoro zaś innych celów za bardzo nie ma, wracają pokusy, aby rozpętywać kolejną wojnę, nawet za cenę ryzyka. Te wojny stają się jednak gonieniem króliczka bez jego złapania.
Warto unikać w ocenach nadmiernych emocji. Wojna Jarosława Gowina z Adamem Bielanem to wojna dwóch drapieżników. Nie ma wielkiego sensu jakoś szczególnie współczuć któremukolwiek z nich. Choć oczywiście polowanie na wicepremiera przy użyciu mediów publicznych musi budzić niesmak. Ale to już sprawka największego drapieżnika, Kaczyńskiego.
Było wiele momentów, kiedy sam kwestionowałem i filozofię rządzenia, i metody Gowina. Zabiegając o uchwalenie nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, lekceważył środowiska krytyczne wobec niej, kontentując się pokazowymi spektaklami z udziałem życzliwej profesury. Ale też warto przypomnieć, że we wszystkich ostatnich starciach z PiS wicepremier reprezentował mniej partyjny, a bardziej obywatelski punkt widzenia.
Tak było przy okazji przesunięcia terminu wyborów. Nie dałoby się ich urządzić 10 maja. Rządzącym groziła ponura farsa z niewiadomym finałem. Tak samo wtedy, kiedy zapobiegł nieuzasadnionemu wzmacnianiu władzy policjantów wręczających Polakom mandaty. I wreszcie przy okazji sporu o podatek medialny. Jest on w tej postaci niesprawiedliwy, skoro z pieniędzy wszystkich podmiotów chce się tworzyć fundusz pozwalający wspierać media życzliwe prawicowej władzy.
Jeśli Gowin przetrwa w Zjednoczonej Prawicy, nie idąc na rozwalanie rządu do spółki z panią Lempart, i tak czeka go odwleczony w czasie, jak w operowych scenach, spektakl rozstawania się z Kaczyńskim. Pytanie o jego przyszłość to pytanie o żywotność pojęcia „umiarkowanej prawicy".
Zwolennicy Bielana przypominają z satysfakcją, że Gowin się wypala. W roku 2015 dostał w Krakowie jako kandydat na posła niemal 44 tys. głosów. Teraz, w roku 2019, jedynie niespełna 16 tys. Ale oni sami przyznają, że wicepremier stracił część umiarkowanych, bo zbyt mocno kojarzył się z twardą pisowską polityką. Nie wiadomo, czy gdyby się z nią widowiskowo rozstał, nie trafiłby w swoją niszę.
Nie bardzo też wiemy, z kim poza swoimi ludźmi miałby tam trafić. Kukizowcy okazali się papierowymi tygrysami. Nawet projekt trwałej przemiany PSL w „centroprawicę" na razie legł w gruzach – w finale kampanii prezydenckiej. Pozostaje poza ludowcami Szymon Hołownia. Zdaje się, że to do niego poszło wielu wyborców umiarkowanych czy nawet centroprawicowych zwolenników Platformy.
Ale baza polityczna ruchu Polska 2050 to na razie lewicowe, a czasem skrajnie lewicowe aktywistki PO i Lewicy. Czy taki egzotyczny sojusz byłby choć w minimalny sposób czytelny? Czy Gowin, wciąż autentycznie przywiązany do konserwatywnych poglądów, nawet gdyby dostał się na wspólne listy z nimi, nie zostałby odrzucony przez niemal wszystkich: i konserwatystów, i zażartych antypisowców, którzy uważają go za zatwardziałego grzesznika?
Dziś jego widowiskowy upadek ucieszyłby niejednego. Kandydatów do żałoby widzę niewielu. A szkoda, bo to polityk, który coraz bardziej samotnie i często nieskutecznie próbował tworzyć bufor między skłóconymi stronami. A może i światami. Nie widać kogokolwiek na jego miejsce w tej roli.