Pierwszy w ten sposób zdziwił się niemal 100 lat temu Sándor Márai, po nim było jeszcze kilku innych, a dzisiaj do tego grona dołączyła jedna z największych platform streamingowych. Kilka dni temu odbyła się premiera nowego serialu HBO „Sceny z życia małżeńskiego". I choć oczywiście jest on tylko swobodnym tańcem po scenariuszu Ingmara Bergmana sprzed pół wieku, to jednak warto odnotować to ponowne odkrycie dramaturgicznej Ameryki.

W rodzinie jest przecież wszystko, każda małość i heroizm; sploty ambicji, żalu i namiętności są tak ciasne jak nigdzie indziej. Liny, które jednocześnie podduszają i pozwalają wspinać się coraz wyżej. Każda rodzinna uroczystość to małe Teby. Aktorzy wychodzą na scenę, przybierają pozę, która zdradza ich rzeczywiste lęki i zamiary dużo bardziej niż codzienna swoboda. Nakładane maski odkrywają prawdziwe twarze. Zachowane zostają jedność czasu, miejsca i akcji, ale i tak najważniejsze sceny – dokładnie jak u Sofoklesa i Ajschylosa – są tymi, których nie widać. Zranienia sprzed dekad, nieprzestające się ćmić nadzieje. Wisząca nad rodzinnym stołem strzelba prawie nigdy nie strzela. Nie musi, to niedopowiedzenie jest ścieżką dźwiękową każdego takiego spotkania. Jego cierpliwy i nieubłagany huk unosi się nad głowami zebranych.

A jeśli rodzina jest fabułą, sumą wszystkich opowieści i zwrotów akcji, to jej osią było, jest i na zawsze pozostanie małżeństwo

Ci ludzie wiedzą coś o sobie nawzajem. Coś, czego nie da się wyrazić słowami. Intymność krwi i namiętności, biologii oraz duszy. Każde z osobna nie ma pojęcia, o co w tym chodzi, dlaczego tak się siebie boją i tak mocno pragną jednocześnie. Wie to tylko organizm, jakim stają się na kilka, najczęściej popołudniowoniedzielnych, godzin. Jak rój pszczół ma swój własny, niezależny od mikrorozumków poszczególnych owadów mózg, tak też każdy rodzinny spęd ma własne rozum i czucie. Kieruje od entuzjazmu do wrogości, prowadzi ich ciała od czułości do rozdrażnienia. I tak co okazja. Ich listę zaznacza się zwykle w kalendarzu jak teatralny repertuar.

A jeśli rodzina jest fabułą, sumą wszystkich opowieści i zwrotów akcji, to jej osią było, jest i na zawsze pozostanie małżeństwo. Bergman oparł scenariusz „Scen..." na własnych doświadczeniach, w jednej z głównych ról obsadził własną żonę Liv Ullmann. Mówił do niej scenariuszem czy może raczej pod wpływem pierwszych małżeńskich kłótni i nieporozumień zaczynał mu się rodzić w głowie pomysł na fabułę? Miniserial Bergmana doczekał się też mnóstwa bzdurnych interpretacji i całkowicie chybionych zarzutów. Jednym z tych ostatnich było obwinianie szwedzkiego reżysera o przyczynienie się do fali rozwodów, jaka wkrótce po wyświetleniu „Scen..." przeszła przez Europę. „Błyskotliwi" krytycy podsumowywali z kolei przesłanie Bergmana stwierdzeniem: „małżeństwo zabija miłość".

W rzeczywistości „Sceny..." są opowieścią o tym, że od małżeństwa nie ma ucieczki. A próbując unieważnić jego rangę i skalę, sprowadzić do niezobowiązującego kontraktu, zakładamy sobie tylko na szyje chomąto wielkiego nieporozumienia. Musimy je potem ciągnąć najpierw przez salę sądową, dramat dzieci, sztuczne raje kolejnych związków. Żeby wreszcie, jak małżonkowie u Bergmana, potajemnie zacząć zdradzać swoich nowych partnerów ze sobą nawzajem. Małżeństwo jest tak uparte w swojej faktycznej nierozerwalności, że potrafi nawet podszyć się pod romans, byle trwać. „Sceny" dramatu mogą się zmieniać, ale „życie małżeńskie" jest nieśmiertelne. Przynajmniej na tym świecie. Bronić trwałości małżeństwa trzeba dokładnie tak samo, jak ujmować się za ciągłością fabuły. Tępić z całej siły chodzenie przez scenarzystę na skróty. Bo to, co potrafi się podszyć pod wielką historię miłosną, jest najczęściej próbą wtargnięcia przez bezczelnego widza na scenę prawdziwego dramatu. Może go tylko popsuć, ale przerwać nie będzie w stanie.