Pierwszym walorem pracy Loeba jest uporządkowanie tego, co wiemy o przybyszu. Nadleciał od strony Wegi, najjaśniejszej gwiazdy z gwiazdozbioru Lutni. Kiedy go zauważono, był już blisko Słońca i 9 września znalazł się w peryhelium, następnie zaczął się oddalać. 29 września minął orbitę Wenus, a 7 października orbitę Ziemi, kierując się w stronę gwiazdozbioru Pegaza. W pobliżu Słońca efekt procy grawitacyjnej dodał mu prędkości i po kilkunastu dniach obserwacji astronomicznych Oumuamua znikł na dobre w kosmosie.

Najważniejszym faktem, który unaocznia Loeb, jest to, że nie mamy pojęcia, jak wyglądał przybysz. Z powodu odległości ponad 30 mln km i niewielkich rozmiarów Oumuamua nie zdołano go sfotografować, odnotowano jedynie krzywe zmienności blasku. Na ich podstawie wnosi się, że było to ciało w kształcie cygara. Loeb podaje, że skalna iglica mogła mieć długość boiska piłkarskiego, dziś szacuje się ją nawet na 400 m. Takich planetoid raczej się nie spotyka. Jeśli chodzi o kolor, to zgodzono się na ciemnoczerwony, wynikły z długiego bombardowania promieniowaniem międzygwiezdnym.

Loeb zwraca też uwagę na nieplanowane przyspieszenie Oumuamua. Obiekt leciał po innej trajektorii niż by wynikało ze wzorów poczciwego Newtona, ale nie wiadomo, skąd wziął ten naddatek. Komety zbliżające się do Słońca istotnie przyspieszają wskutek emanacji gazów z roztopionego lodu. W przypadku Oumuamua takiej emanacji nie zaobserwowano. Wszystko to razem dało autorowi książki powód od przypuszczeń, że był to obiekt pochodzenia sztucznego, wytwór obcej, być może już wymarłej cywilizacji, błąkający się po kosmosie śmieć z okresu jej świetności. Gdzie indziej wysuwa koncepcję, że był to żagiel kosmiczny, który pozwala pokonywać wielkie dystanse dzięki ciśnieniu wywieranemu przez światło.

Różnie można oceniać pomysły Loeba, który tak bardzo się do nich przywiązał, że porzucił umiar właściwy naukowcom i z zaangażowaniem emocjonalnym forsuje w internecie swe koncepcje. Ostatnim jego pomysłem są czujniki rozsypane po Ziemi przez obcą cywilizację: Oumuamua przybył tu, aby je dostroić. Mało kto mu wierzy, więc Loeb wyrzuca swym kolegom krótkowzroczność. Istotnie, sporo artykułów utrzymanych w spokojnym tonie wyjaśnia, że Oumuamua mieści się w kategorii zwyczajnych skał pętających się po kosmosie. Ani jego wydłużony kształt nie oznacza rakiety, ani nieznaczne zmiany prędkości nie dowodzą własnego napędu.

Tak to z planów, by wyjaśnić naukowo tajemnicę latającego cygara (albo naleśnika, jak chcą inni), Loeb ześlizguje się ku fantastyce naukowej. Tak bardzo nim owładnęła, że nie dopuszcza on już innej możliwości jak tylko obiekt Obcych.

Prawdopodobnie materiału na temat Oumuamua było za mało na książkę, Loeb więc dodał sporo różnych atrakcji „z głowy". Jest tu i o jego własnej karierze naukowej, o przypuszczalnych preferencjach technicznych innych cywilizacji, o metodyce badań naukowych, o ciasnocie umysłowej i zaściankowości środowisk naukowych na Ziemi, które nie chcą się otworzyć na nowe koncepcje. Brak rzeczy chyba najważniejszej: dlaczego taki fenomen zaskoczył nas nieprzygotowanych i gdzie się podziały nasze potężne teleskopy? Dlaczego nie była gotowa sonda, którą można by posłać naprzeciw przybysza? Może zdołalibyśmy go sfotografować i pomierzyć lepiej jego parametry, dzięki czemu wiedzielibyśmy, z czym mieliśmy do czynienia. A tak okazja przeminęła bezpowrotnie.

—Marek Oramus

„Pozaziemskie. Pierwsze ślady życia rozumnego poza Ziemią"

Avi Loeb, tłum. Marek Krośniak, Tomasz Tesznar, wyd. Zysk i S-ka