Polska w ubiegłym tygodniu zapomniała o wyborach, PKW i kompromitacji państwa, bo opłakiwała Hansa Klossa. To znaczy, oczywiście, aktora Stanisława Mikulskiego, który odszedł w wieku 85 lat. Ale rola tak się z nim zrosła, że chyba nikt już dziś nie pamięta jego kilkudziesięciu innych kreacji. No, może z wyjątkiem „Wujka Dobra Rada" z „Misia" Stanisława Barei. Od „Faktów" TVN przez wszystkie najpopularniejsze serwisy internetowe i szpalty gazet po artystyczną, przynajmniej z założenia, TVP Kultura (gdzie pojawił się Teatr Telewizji z Klossem) wspominano go, i to wyłącznie z sympatią.
Być może przeoczyłem, ale nawet w najbardziej antykomunistycznych mediach, zazwyczaj ostro piszących o czasach PRL, nikt się Stanisława Mikulskiego specjalnie nie czepiał. Przypomniano co najwyżej, że nie przyłączył się do aktorskiego bojkotu w stanie wojennym i należał do partii. Być może dano mu spokój, bo, jak słusznie zauważył Piotr Zaremba, po odzyskaniu niepodległości nie przyłączył się do tych, którzy gloryfikowali komunistyczną Polskę. Na polityce słabo się chyba znał, ale doskonale rozumiał, że gigantyczna popularność w tamtym ustroju była obciążeniem, bo nie szły za nią ani inne role, ani pieniądze. Gdyby coś podobnego przytrafiło mu się w warunkach kapitalizmu, dziś Stanisław Mikulski patrzyłby na nas z każdej okładki i co drugiej reklamy, a reżyserzy prześcigaliby się w ofertach. Tylko że w III Rzeczypospolitej nic podobnego nie mogłoby mu się przydarzyć. Przez ćwierć wieku w wolnej Polsce nie tylko nie udało się stworzyć sprawnego systemu liczenia wyborczych głosów, ale też wykreować ikon kultury masowej porównywalnych z tymi PRL-owskimi.
Nieudane sequele
Czy można sobie dziś wyobrazić, że za 45 lat ktoś uzna za dobry pomysł komercyjny realizację sequela któregoś z polskich seriali z którymś z polskich amantów? Pomijam taki drobiazg, że amantów takich jak Mikulski po prostu dziś nie ma. Nie potrafię wskazać przystojnego aktora z podobną charyzmą w pokoleniu 40-latków (kiedy pojawił się na ekranie w „Stawce..." w 1967 roku, miał 38 lat). Ale nawet gdybyśmy znaleźli kogoś o podobnych warunkach, to czy ktoś zechciałby za cztery dekady przypomnieć jego współczesną rolę, jak to się zdarzyło w przypadku obrazu „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć"?
Dodam jeszcze, że starania o realizację sequela kultowego serialu trwały kilkanaście lat i rywalizowało o to kilku producentów. Wreszcie film zrealizował w 2012 roku Patryk Vega i poniósł porażkę (niewiele ponad 200 tys. widzów w kinach). Ale wnioski z niej również są pouczające. Zarówno w recenzjach, jak i opiniach zwykłych widzów w internecie przewija się ten sam motyw: że mianowicie obraz współczesny to w porównaniu z serialem z czasów PRL zwyczajny gniot. Że ani główne role (mimo że Klossa zagrał Tomasz Kot, jeden z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia, a Brunnera Piotr Adamczyk), ani scenariusz, ani jego realizacja nie mogą się równać z pierwowzorem.
I każdy, kto ów nieudany film widział, przyzna, że to prawda. Bo to, że każdy kiedyś oglądał „Stawkę większą niż życie", jest w zasadzie oczywiste. Podobnie jak to, że serial powszechnie uważany jest za udany. No dobrze, pytanie nasuwa się chyba samo: dlaczego w siermiężnym PRL przy wszystkich cenzuralnych ograniczeniach się udawało, a w III Rzeczypospolitej, która należy do Unii Europejskiej, nie wychodzi? Dlaczego ówczesna rozrywka kreowała ikony, a współczesna tylko produkty jednorazowego użytku? Bo przecież Kloss jest tylko jednym z licznych przykładów recydywy PRL-owskiej rozrywki, co najlepiej widać na przykładzie seriali. One starzeją się wolniej niż typowe telewizyjne show, w tej dziedzinie i technologia, i poetyka bardzo się przecież zmieniły. W dobie „Tańca z gwiazdami" „Studio 2" nie robi na nikim wrażenia, trudno więc liczyć na jakieś oszałamiające sukcesy powtórek starych programów.
Choć i od tej reguły są wyjątki. Gdy kilka lat temu TVP 2 zdecydowała się na pokazanie cyklu „L jak Laskowik, T jak Tey", zbierał on widownię nie mniejszą niż największe kabaretowe gwiazdy naszych czasów (ok. 2 milionów). Oczywiście takich artystów jak Zenon Laskowik, którzy i wtedy, i dziś święcą triumfy (wspólny, nagrodzony Wiktorem, show z Waldemarem Malickim), jest raptem kilku. Ale doprawdy musi robić wrażenie, że tylu ludzi chciało oglądać stare skecze Teya, odnoszące się przecież do realiów kompletnie dziś zapomnianych.
Gdzie ci scenarzyści...
Wróćmy jednak do „Stawki większej niż życie". Na czym polega dziś siła tego serialu? Powtarzanego na różnych kanałach telewizyjnych niemal na okrągło, jak nie na TVP 1 czy 2 (pewniak w okresie wakacyjnym), to przynajmniej na TVP Seriale. Nie wspominając już o stacji Kino Polska, która odniosła komercyjny sukces właśnie dzięki serialowym produkcjom z okresu PRL, nieustannie pokazywanym tam w prime time.
Przede wszystkim najzwyczajniej w świecie jest to dobra filmowa robota. Począwszy od bardzo dobrego pomysłu wyjściowego na serię – Polak z Kościerzyny Stanisław Kolicki ucieka z obozu jenieckiego i zgłasza się do Rosjan, którzy każą mu podszyć się pod niemieckiego oficera. Dodajmy do tego scenariusz z prawdziwym suspensem w każdym odcinku i dowcipne dialogi, które weszły do języka potocznego („kasztany na placu Pigalle" czy „nie ze mną te numery, Brunner"). Zwróćmy też przy okazji uwagę, że były to czasy, kiedy inni inspirowali się naszymi produkcjami, a nie na odwrót (dziś Polacy prawie nie robią seriali oryginalnych, nawet tak banalny scenariusz jak „Komisarz Alex", znacznie mniej wdzięczny niż polski „Pies Cywil", to adaptacja niemieckiego pomysłu). Rosyjski serial „17 mgnień wiosny" ze słynnym Stirlitzem (Wiaczesławem Tichonowem), który powstał kilka lat później na fali sukcesu Klossa w demoludach, nigdy nie osiągnął podobnej popularności.
Dodajmy do tego świetnie dobranych odtwórców głównych ról w „Stawce większej niż życie" (poza Mikulskim – Emil Karewicz jako charyzmatyczny czarny charakter Brunner, czy Leszek Herdegen jako brytyjski agent w niemieckim mundurze), ale i tych drugoplanowych (w tle przewija się plejada aktorów, takich jak Beata Tyszkiewicz, Barbara Brylska, Krzysztof Chamiec, Zbigniew Zapasiewicz, Edward Lubaszenko). Wrażenie do dziś robi rozmach realizacyjny i dbałość o plenery: nie jest to serial kręcony w studiu w dwóch wnętrzach, tylko prawdziwie wysokobudżetowy.
No i rzecz jest dopieszczona do ostatnich szczegółów, weźmy choćby muzykę Jerzego „Dudusia" Matuszkiewicza: kto raz ją usłyszał, zapamięta na całe życie. Wszystko to razem tworzy produkt rozrywkowy na najwyższym poziomie. Taki, którego dziś polscy twórcy i stacje telewizyjne nie są w stanie wykreować. Z powodów zarówno finansowych, jak i taktyki nadawców, którzy wolą kupować prawa do pomysłów sprawdzonych na świecie (tzw. formaty) i robić ich polskie adaptacje. Prawda jest taka, że aby dziś obejrzeć równie dobry serial, trzeba włączyć któryś z płatnych kanałów w rodzaju HBO czy Canal Plus, tyle że to nie będą, niestety, rzeczy zrealizowane przez Polaków.
Od pancernych po Tolka Banana
A wtedy, choć kanał był jeden (w porywach do dwóch) i do tego państwowy, równie udanych seriali co „Stawka większa niż życie" zrealizowano kilkanaście. Bo przecież, gdyby chodziło o samego Klossa, nie byłoby o czym mówić. Tymczasem tytuły z czasów PRL o podobnym, kultowym wręcz, statusie można by tu długo wymieniać. „Czterej pancerni i pies", „07 zgłoś się", „Czterdziestolatek", „Tulipan", „Alternatywy 4", „Zmiennicy", „Daleko od szosy", „Podróż za jeden uśmiech", „Wakacje z duchami", „Stawiam na Tolka Banana", „Wojna domowa". Owszem, nie wszystkie może mają aż tak wierną publiczność jak „Stawka...", ale już choćby „07 zgłoś się", powtarzane co roku w TVP w wakacje, za każdym razem ma bardzo wysoką oglądalność. Podobnie jak serial Stanisława Barei „Alternatywy 4" z Romanem Wilhelmim w roli dozorcy terroryzującego mieszkańców bloku na Ursynowie (kompletnie „nie chwyciła" za to kontynuacja zrealizowana po 30 latach). Powtarzany kilka lat temu w urlopowych okolicznościach przyrody „Tulipan" też całkiem nieźle wypadł.
Ale już największym zaskoczeniem był serial „Życie na gorąco", który w poprzednie wakacje powtórzyła telewizyjna Jedynka w tym samym paśmie co przygody porucznika Borewicza i który zebrał sporą widownię. Sam się do niej zresztą zaliczam, bo obejrzałem ze dwa odcinki w ramach wizyty w gabinecie historycznych kuriozów. W ogóle nie pamiętam bowiem, żebym ową produkcję, opowiadającą o przygodach redaktora Maja tropiącego tajną organizację założoną przez byłych hitlerowców, oglądał w czasach komunizmu. Włączyłem, żeby się pośmiać, i już zostałem do końca. Bo to naprawdę porządna robota, chociaż rzecz wybitnie propagandowa w stylu tamtych lat. Eksploatowana jest tu bowiem teza znana z PRL-owskich mediów, że RFN nie zerwała z dziedzictwem nazistowskim i że różni podejrzani rewanżyści dybią na nasz kraj. Choć jednocześnie wyraźna jest fascynacja twórców (ta sama w zasadzie ekipa co „Stawka większa niż życie") cyklem o Bondzie, gdzie było z kolei knujące zbrodnicze spiski „Widmo".
Przytaczam ten przykład, by pokazać, że o recydywie rozrywki z czasów komunizmu nie decyduje wyłącznie sentyment do tamtych czasów. Owszem, z pewnością jest to ważny element. Ale część widzów tamtych czasów w ogóle nie pamięta. Dlaczego to zatem oglądamy? O jednym z powodów już wyżej była mowa. To produkty stworzone przez twórców z prawdziwej ekstraklasy. W takich np. „Czterech pancernych" grają (i to dobrze) wielcy aktorzy: Janusz Gajos, Franciszek Pieczka, Wiesław Gołas, piosenkę zaś napisała Agnieszka Osiecka (a fantastycznie zaśpiewał Edmund Fetting). W „Wojnie domowej" czy „Czterdziestolatku" znać rękę prawdziwych mistrzów od telewizyjnej rozrywki, reżysera Jerzego Gruzy i scenarzysty Krzysztofa Teodora Toeplitza (znowu genialna obsada z Ireną Kwiatkowską czy Kazimierzem Rudzkim). Podobnie, albo jeszcze lepiej, jest w „Alternatywy 4", gdzie Stanisław Bareja zatrudnił armię charyzmatycznych artystów (od Wilhelmiego przez Mieczysława Voigta po Jerzego Kryszaka) i dał im zabawny tekst. A skoro już pojawiło się słowo „charyzma", to warto się przy nim na chwilę zatrzymać. Bo ono ma dla całej sprawy wielkie znaczenie.
Mówimy bowiem o czasach kiedy autorzy seriali telewizyjnych potrafili wykreować charyzmatycznych bohaterów. Weźmy takie „07 zgłoś się". Tam nie ma twórców tego autoramentu co wyżej wymienieni. Robili to solidni rzemieślnicy (choć wokaliza Grzegorza Markowskiego z Perfectu to prawdziwy majstersztyk) i nawet gdy pojawiają się aktorzy z ekstraklasy (np. Piotr Fronczewski czy Grażyna Szapołowska), nie mają za wiele do zagrania. A jednak świetnie się to ogląda, bo Bronisław Cieślak jako porucznik Borewicz, mimo że mówimy przecież o aktorze niezawodowym, ma wdzięk i charyzmę.
III RP bez ikon
Możemy wymienić całą galerię postaci PRL-owskich seriali, za którymi stoi pewien zespół cech czy historia pozwalające im stać się bohaterami, zapamiętywanymi na lata. A czasem wręcz ikonami popkultury. Od amantów Klossa i Borewicza, przez dozorcę Anioła (mały tyran, któremu nie można dać nawet odrobiny władzy) i inżyniera Karwowskiego (ciapowaty, dobroduszny symbol kryzysu wieku średniego) po Dudusia (kolejny aktor niezawodowy Filip Łobodziński, urodzony do roli prymusa) i Cegiełkę (warszawski cwaniak; obaj z „Podróży za jeden uśmiech"). A przecież byli też i Leszek z „Daleko od szosy" (chłopak ze wsi, który ciężką pracą wyrywa się do miasta), i dzielny Janek Kos (chłopak, który staje się mężczyzną), i piękna Marusia (prawdziwe wcielenie wdzięku, czyli Pola Raksa).
Tu można, a może wręcz należy zadać pytanie, ilu równie przekonujących bohaterów wykreowała popkultura czasów III Rzeczypospolitej? W serialu poza Magdą M., która była przecież tylko nieudolną podróbą Ally McBeal, potrafię wskazać jedynie rodzinę Kiepskich (fantastyczny Andrzej Grabowski w bardzo udanej, krajowej wersji amerykańskich „Bundych"), no i jeszcze postaci z „Rancza", zwłaszcza lekko przerysowany duet Cezary Żak – Artur Barciś (jako burmistrz tyran i jego spin doktor) oraz trzej panowie z ławeczki pod sklepem. Jak na ćwierć wieku nie jest to dużo. Zresztą i w kinie tych postaci ikonicznych pewnie wiele więcej byśmy w czasach III RP nie znaleźli. Obawiam się, że musiałby nam tu wystarczyć Franz Maurer, czyli były esbek w mistrzowskiej kreacji Bogusława Lindy, i Jurek Kiler (Cezary Pazura) oraz Siara (Janusz Rewiński) z „Kilera" Juliusza Machulskiego.
Owszem, może ktoś zauważyć, że za PRL łatwiej kreowało się ikony popkultury, bo nie było w zasadzie konkurencji. Dziś mamy ponad 100 stacji nadających po polsku, światowe hity w kinach i internet pod każdą strzechą. Konkurencja w mediach jest taka, jak nigdy w historii, ciężko więc się przebić. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Ponieważ te nowe produkcje są też konkurencją dla tamtych dawnych z czasów komunizmu, a ludzie i tak je chętniej oglądają niż powtórki czy nawet premiery wielu seriali czasów III Rzeczypospolitej.
O tym, że działają dawne sentymenty, już mówiliśmy, że to produkcje za budżety i na poziomie dziś rzadko osiąganym, również. Jest i kolejny element, który pojawia się w najróżniejszych komentarzach, że mianowicie PRL to dziś egzotyka. Polska zmieniła się tak bardzo, że, przede wszystkim na poziomie obyczajowego detalu wracamy do tamtych produkcji jak do gabinetu osobliwości. Ot, choćby w jednym z odcinków „07 zgłoś się" intryga kręci się wokół pięciu bodaj butelek piwa Okocim, które było wtedy dobrem luksusowym. Dziś bawi nas to niezamierzonym komizmem, tak jak ówczesne stroje, wnętrza i grepsy. Wspomniany serial o poruczniku Borewiczu stał się klasyczną ofiarą postmodernizmu, jako że ta sensacyjna z założenia produkcja dziś odbierana jest raczej jako kryminalna komedia retro z czasów dawno i słusznie minionych. Nie inaczej było w przypadku wspomnianego „Życia na gorąco", gdzie ta postmodernistyczna piramida miała jeszcze jedno piętro, jako że ja np. oglądałem ów serial, by się przekonać, jak w siermiężnym PRL wyobrażano sobie zgniły Zachód – i nie zawiodłem się. Wszystko to są przyczyny ważne, ale nie najważniejsze. Bo absolutnie kluczowa dla recydywy owej PRL-owskiej rozrywki jest słabość produkcji współczesnych.
Manipulacja aż piszczy
Przecież nie oglądamy dziś telewizyjnych produkcji z okresu komunizmu, by poznać prawdę o tamtych czasach. Wszyscy, albo niemal wszyscy doskonale rozumieją, że pełne są w najlepszym wypadku przemilczeń i że roją się od najróżniejszych manipulacji. Ot, weźmy choćby naszego Klossa, który zgłasza się do Rosjan w czasie, gdy są oni w Polsce po prostu okupantami, zajęli na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow połowę obszaru naszego kraju. O tym nie ma, oczywiście, ani słowa. Zresztą w tejże samej „Stawce większej niż życie" centrala jest oczywiście w Moskwie, gdzie, jak wiadomo, mieszkali nasi najlepsi przyjaciele, a pierwsze skrzypce w konspiracji gra komunistyczna partyzantka, której w kraju prawie nie było. Gwardia Ludowa liczyła bodaj 5 tysięcy żołnierzy, a Armia Krajowa wierna Londynowi 300 tysięcy.
Nie inaczej jest w kreującym postać dobrego milicjanta „07 zgłoś się", które miało przekonać ludzi, że aparat przemocy jest OK. W „Czterech pancernych..." nie wiadomo dlaczego bohaterowie idą ze Wschodu z armią, bo o zesłaniach nie ma tam ani słowa. Ale przecież nie tylko o tego typu manipulacje idzie, bo taki np. „Czterdziestolatek" jest typowym wytworem telewizji Macieja Szczepańskiego, produktem propagandy sukcesu, gdzie pokazywany jest awans cywilizacyjny epoki Gierka. A w „Tulipanie", opowieści o Don Juanie żyjącym z uwodzenia kobiet, choć rzecz się dzieje w czasach kryzysu gospodarczego, żadnego kryzysu nie ma. Podobnie jak żadnego śladu „Solidarności", mimo że to produkcja z lat 80. Świetnie opisał to zresztą prof. Grzegorz Łęcicki z UKSW, który przytomnie zauważył, że nawet jeśli opowieść rozgrywa się w kościołach, jak choćby „Pan Samochodzik i templariusze", to nie ma tam na temat religii ani słowa. Ten, kto dziś twierdzi, że komunistyczna propaganda była toporna i nikt w nią nie wierzył, nie wie, co mówi. Zapewniam, że było dokładnie na odwrót. Przynajmniej w kulturze masowej.
Rzecz w tym, że nawet jeśli seriale PRL-owskie, które wyżej wymieniłem, są pełne kłamstw, to jednocześnie jest w nich wiele prawdy, że się tak wyrażę, artystycznej. Powodem dla którego tak długo żyją w pamięci starszych pokoleń jest przede wszystkim to, że w III Rzeczypospolitej nie pojawiło się nic na podobnym poziomie. I gdy kolejne pokolenia będą chciały sięgnąć do symboli kultury masowej naszej epoki, dostaną żenujące telenowele w rodzaju „M jak miłość" albo co gorsza seriale scripted docu z ludźmi, których nie sposób nazwać aktorami, w rolach głównych oraz grepsami w rodzaju osławionego „mięsnego jeża".
Dlaczego III RP przegrywa z Klossem? Przede wszystkim dlatego, że twórcy i elity w ostatnim ćwierćwieczu wstydzili się samych siebie i udawali kogoś innego, nieudolnie kopiując zachodnie wzory. We wszystkich dziedzinach, także na małym ekranie. Dlatego oglądamy wersje (nie tylko polskie) seriali i programów niemieckich, angielskich, amerykańskich, skandynawskich, a nawet latynoskich. Czy to w jakimkolwiek stopniu tworzy kulturę polską? Nie. To najczęściej produkty niskiej jakości i jednorazowego użytku. A Kloss i inni recydywiści z czasów PRL ją tworzyli. Mimo wszystkich propagandowych ułomności są ważną częścią historii naszej kultury masowej i zbiorowego imaginarium.