Ze smutkiem, ale bez większego zaskoczenia, oglądałem „dyskusję" w TVN 24 „Tak jest" między księdzem Kazimierzem Sową a feministką Anną Zawadzką. Bez zaskoczenia, bo niestety pani Anna zaprezentowała standardowy (tyle że doprowadzony do absurdu i przedstawiony w komiczny sposób) zestaw argumentów zwolenników aborcji. Usłyszeliśmy więc o „hołdzie lennym, którego Polska nie złożyła Watykanowi" – tak jakby sprawa aborcji rzeczywiście dotyczyła religii, a nie kwestii prawnej i moralnej obrony najsłabszych. Nie zabrakło uwag, że mężczyzna, szczególnie taki, który chodzi w sutannie (w tym przypadku, a i to nieczęsto, w koloratce), nie powinien się wypowiadać w sprawie aborcji, bo to rzecz dotycząca kobiet.
Gdyby jej słowa potraktować poważnie, to trzeba by poprosić feministki, aby zrezygnowały z walki o alimenty. Jeśli bowiem mężczyzna nie ma nic wspólnego z ciążą i nie ma prawa się o niej wypowiadać, to nie ma także nic wspólnego z dzieckiem, które rodzi się po ciąży. Nie powinno się więc wymagać, by łożył na jego utrzymanie. Szwankującej logiki nie przykrywała kompetencja retoryczna ani erystyczna. Anna Zawadzka zachowywała się jak zagubiona kobieta, która atakami próbuje usprawiedliwić aborcję, której, jak twierdzi, dokonała.
Słowotok i agresja nie były jednak w stanie przesłonić smutnej prawdy. Aborcja głęboko rani kobietę i – a to standard w przypadku syndromu poaborcyjnego – nie jest ona w stanie mówić o niej spokojnie. Negatywna ocena jej czynu budzi wściekłość i chęć uciszenia rozmówcy. Emocji nie da się powstrzymać. One zawsze wychodzą. Nie tylko w przestrzeni prywatnej, ale także społecznej i politycznej.
Widać to zresztą nie tylko po tamtej stronie sporu. Obrońcy życia (także ja sam i wielu moich przyjaciół) też nie potrafią mówić o aborcji spokojnie, bez emocji, na zimno. Nie tylko dlatego, że jest to temat bardzo dla nas ważny. Nie chodzi też o ton, w jakim się do nas mówi, ani o ataki na nas. Powodem, jak sądzę, jest to, że tak jak całe społeczeństwo jesteśmy dotknięci postaborcyjną traumą.
Przez lata w Polsce wykonywano setki tysięcy aborcji. W okresie komunizmu uzbierało się ich miliony i w bodaj każdej polskiej rodzinie któraś z kobiet dokonała aborcji (oczywiście statystycznie, bo zdarzają się domy, w których nigdy do przerwania życia nienarodzonych nie doszło). Cierpienie kobiety obejmowało całą jej rodzinę. Psychologowie pokazują, że zabicie nienarodzonego dziecka dotyka nie tylko kobiety (jej, rzecz jasna, najmocniej, bo gdy cały jej organizm przygotowuje się do ofiarowania życia, zostaje ono – z jej woli – przerwane), ale i mężczyzny (także wtedy, gdy to on naciskał na zabicie dziecka), małżeństwa oraz dzieci (cierpią one często na syndrom ocaleńca, na który cierpią także ci, którzy przeżyli obóz koncentracyjny). Zmiany w zachowaniu dokonują się także wtedy, gdy kobieta nikogo o aborcji nie poinformowała. Ale gdy wiedza ta staje się jawna, dewastuje życie całej rodziny i dzieci, a szerzej – społeczeństwa.