To nie jest streszczenie szpiegowskiej powieści Johna le Carrégo, ale jeden z ważniejszych punktów życiorysu Andrzeja Szadkowskiego – przedstawiciela drugiego pokolenia powojennych emigrantów z Polski, harcerza, a zawodowo menedżera i finansisty. Na początku lat 60., dzięki kontaktom gen. Władysława Andersa z francuskim władzami wojskowymi, wraz z grupą mieszkających w Wielkiej Brytanii Polaków został przeszkolony w skokach ze spadochronem. Gdyby wybuchła wojna światowa – o czym mówiło się głośno po kryzysie kubańskim jesienią 1962 r. – miał zostać zrzucony w Polsce, by wspierać rodaków w walce z Sowietami.




Kto jak kto, ale Andrzej Szadkowski nadawał się do tej roli znakomicie. Syn Zygmunta Szadkowskiego, oficera WP, który w czasie wojny organizował polskie harcerstwo na Bliskim Wschodzie, a potem pełnił ważną rolę we władzach emigracyjnych. To on w 1990 r. był członkiem delegacji, która przywiozła do Polski insygnia rządu na uchodźstwie i – przy zaskakująco niewielkim entuzjazmie władz – przekazała je Lechowi Wałęsie.

Szadkowski syna wychował tak, by nie miał wątpliwości, że do Polski można wrócić dopiero wtedy, gdy nie będą nią rządzić komuniści. Tyle tylko, że Andrzej Szadkowski nie mógł „wrócić" do Polski, bo nigdy w niej nie był. We wrześniu 1939 r. rodzicom udało się przez Szwecję i Wielką Brytanię dotrzeć do Paryża. Właśnie tam w 1940 r. na świat przyszedł Andrzej. Wojnę przeżył we Francji, potem wraz z mamą przejechał Europę, by w Palestynie spotkać się z ojcem. W końcu wraz z rodzicami osiadł w Wielkiej Brytanii, gdzie rozpoczął trwające prawie pięć dekad podwójne życie emigranta.

Właśnie tak – „Podwójne życie emigranta" – zatytułowany jest wywiad rzeka, który ukazał się nakładem wydawnictwa LTW. Szadkowski opowiada o pewnego rodzaju schizofrenii – z jednej strony o dorastaniu w londyńskich szkołach, wśród angielskich rówieśników, o studiach i początkach kariery, a z drugiej – o rodzinnym wychowaniu w antykomunistycznym duchu, o formacji w harcerstwie przechowującym polskość i przedwojenne tradycje. Takie mentalne rozdarcie było udziałem nie tylko Szadkowskiego, lecz także sporej części polskiej emigracji powojennej. I właśnie to jest siłą książki – choć ma jednego bohatera, opisuje dramatyczne losy i dylematy wielu Polaków skazanych na życie poza ojczyzną.

Owo szersze spojrzenie jest zasługą prowadzącego rozmowę Pawła Ziętary – historyka od trzech dekad zajmującego się emigracją. Wydobywa z Szadkowskiego nieznane dotąd szerzej fakty – jak szkolenie spadochronowe czy werbowanie przez brytyjski kontrwywiad – a także ukazuje ich tło. Książka jest więc z jednej strony kopalnią wiedzy dla badaczy polskich losów, a z drugiej wciągającą opowieścią dla tych, którym emigracja kojarzy się z wyjazdami Polaków już w XXI stuleciu.

Sam Szadkowski wrócił do Polski. W 1990 r. nie musiał lądować ze spadochronem, lecz oficjalnie przyleciał na Okęcie. Jako wysokiej klasy specjalista ubezpieczeniowy przyjechał z londyńskiego City, by pomóc odbudowywać Polskę po latach komunizmu. I choć na początku zaproponowano mu jako rządowemu doradcy wynagrodzenie w wysokości 50 dolarów miesięczne, nie zraził się. Został. A o skokach sprzed ponad pół wieku przypomina mu mała odznaka. I ból w lewej stopie.

Paweł Ziętara, „Podwójne życie emigranta. Rozmowa z Andrzejem Szadkowskim", Wydawnictwo LTW