Jakby regularne bitwy na Marszałkowskiej, płonące budynki i wozy bojowe na wylotówkach miast miały stać się nieodłącznym elementem naszej rzeczywistości.
Tak nadzwyczajnych przygotowań jak tej do piłkarskiej imprezy nie pamiętają już chyba najstarsi sędziowie i prokuratorzy.
Zaczęło się niewinnie przed ponad rokiem. Sporą fantazją błysnął wtedy były już minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski, rzucając pomysł sądów na stadionach. Takie rozwiązanie miałoby zapobiec odbijaniu zatrzymanych pseudokibiców z policyjnych konwojów przewożących rzezimieszków do sądu.
Można było tylko z politowaniem pokiwać głową nad wyobraźnią ministra, ale pomysł i tak zrealizowano. A im bliżej Euro, tym silniej ten fantazyjny sposób myślenia utrwala się w umysłach osób odpowiedzialnych za działanie wymiaru sprawiedliwości.
Czuwanie prokuratorów, ograniczanie procesów i śledztw, specjalne delegacje do sądów w miastach, gdzie rozgrywane są mecze, a nawet – o zgrozo – przerzut więźniów w najdalsze zakątki Polski, aby zwolnić cele dla pseudokibiców, bo – jak pisze rzecznik praw obywatelskich – nadmierny tłok może narazić ich na niepotrzebny stres oraz naruszyć ich prawa oświatowo-kulturalne.
Warto zadać pytanie, czy wszystko to nie jest grubą przesadą. Zwłaszcza że doświadczenia z organizacji tego rodzaju imprez pokazują, iż podczas nich do wielkich zadym dochodzi niezmiernie rzadko. Pseudokibice wolą tłuc się między sobą na meczach ligowych.
Poszczególni ministrowie składali ostatnio meldunki o pełnej gotowości na czas Euro 2012. Odbierający je na pokładzie helikoptera Donald Tusk dawał do zrozumienia, jak trudnemu wyzwaniu wszyscy sprostali i jak wielkie wyzwania jeszcze ich czekają. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że obecna „histeria Temidy" wpisuje się w atmosferę stworzoną przez premiera.
Jego jedynym praktycznym skutkiem mogą być zaś ogromne zatory w sądach i prokuraturach, bo – licząc się z wakacjami – instytucje te nie będą normalnie funkcjonować przez najbliższe trzy miesiące.